Depenalizacja marihuany, czemu jeszcze toczy się dyskusja?

Drukuj

Obecna debata na temat depenalizacji tzw. „miękkich narkotyków” jest moim zdaniem całkowicie bezsensowna, przynajmniej większa jej część. Toczy się ona wokół pytania czy marihuana szkodzi czy nie (nawet za wdychanie spalin na ulicy czy zażywanie cyjanku nikt nas nie chce karać, nie mówiąc już o tłustym jedzeniu czy oglądaniu niektórych programów w telewizji publicznej, w jednym z nich gospodarz uważa, że warto manipulować (podobno od tego się łysieje), ale moim zdaniem nie warto nawet rozmawiać na ten temat ), a nie pytania czy za jej palenie należy kogoś wsadzić na rok do więzienia czy może jednak osoba taka nie stanowi, aż takiego zagrożenia dla otoczenia by ją izolować na podobny okres co bandytów czy złodziei. Pytanie to jest meritum sprawy i głównym hasłem organizacji walczących z obecną ustawą. Także w tym artykule nie mam zamiaru udowadniać, że ludzie powinni palić marihuanę, tylko, że nawet jeżeli ją palą nie powinni iść za to do więzienia. Bo sprawa jest przedstawiana jakoby ta ustawa powstała dla dobra młodych ludzi, zapewniam, że więzienie szkodzi bardziej niż największe ilości większości dostępnych narkotyków, a sama ustawa chyba mało kogo (jak widać po statystykach) odwodzi od palenia „trawki”. Znana z bezstronnego podejścia do wielu tematów telewizja publiczna w swoim reportażu, po przedstawieniu argumentów zwolenników depenalizacji (w tym Kazimiery Szczuki, oraz czynnych palaczy, zapominając (?), że wiele mniej kontrowersyjnych osób, również księży jest jej zwolennikami) pokazała narkomana w ośrodku dla uzależnionych, który stwierdził, że jest przeciwnikiem de kryminalizacji miękkich narkotyków. Nie jestem zwolennikiem stawiania osób nadużywających ciężkich narkotyków w roli ekspertów czy autorytetów w tej sprawie, ponieważ człowiek ten tym samym stwierdził, że jest za wsadzeniem samego siebie i jemu podobnych do więzienia zamiast leczenia, gdyby ustawa ta była przestrzegana, ewentualnie można by pomyśleć, że dzięki niej nie sięgnąłby po narkotyki, jednak powstała ona około 10 lat temu tak więc prawdopodobnie zaczął on używać narkotyków już za jej obowiązywania. Nawiasem mówiąc gdyby pójść do oddziału detoksykacji po alkoholu, czy na spotkanie AA prawdopodobnie usłyszelibyśmy podobne opinie na temat tej jak najbardziej legalnej substancji, notabene żaden telewizyjny autorytet nie powie, że piwo to to samo co denaturat a tak dla co niektórych brzmią argumenty, że nie ma różnicy między narkotykami, poza tym liczba użytkowników marihuany, którzy trafili na „odwyk” na skutek na przykład zażywania heroiny jest na prawdę znikomy (wśród studentów słyszałem, ze ok 2 %).
Nauka, że narkotyki to narkotyki i nie ma pomiędzy nimi różnicy tylko zachęca palacza trawki do sięgnięcia po heroinę, o ile w takie nauczanie ktoś wierzy. Przy zalegalizowaniu „trawki” jej palenie już nie będzie przekroczeniem granicy tego co zakazane, za którą podobno wszystko to to samo, tak więc przestanie być ona „pierwszym krokiem” podobnie jak nie jest nią piwo czy papierosy w gimnazjum, a jak wiadomo prawie każdy narkoman zaczynał właśnie od tego nie mówiąc, że tak na prawdę to każdy zaczyna od urodzenia się .
Czyli jeżeliby wierzyć oficjalnej propagandzie (wielokrotnie słusznej jednak bardzo często równie słusznie wyśmiewanej przez osoby bardziej zorientowane, czyli jej adresatów), są dwa zbiory używek: legalne i nielegalne, granica między jednymi a drugimi jest bardzo jasna, wyznaczona przez prawo. Po jej przekroczeniu wchodzi się do zbioru „nielegalne” gdzie zarówno według naszych prawodawców jak i „specjalistów telewizyjnych” często z dyplomami, wszystko jest takie same. Gdyby przeciętny uczeń wierzył w słowa autorytetów, że nie ma różnicy między marihuaną a heroiną z pewnością by częściej sięgał po tą drugą skoro pierwsza mu nie zaszkodziła. Także słowa takie mogą być wręcz niebezpieczne. Oczywiście gdy przeciętny uczeń słyszy, że pierwsza działka jest za darmo (a na pytanie o numer do tego dilera nie otrzymuje odpowiedzi), żeby ktoś się uzależnił. Do marihuany dosypuje się heroinę (w tym samym celu) a dzieciom daje się nasączone LSD znaczki czy tatuaże (tak na przyszłość), zaczyna patrzeć z przymrużeniem oka na podobne wypowiedzi oraz całą resztę, bo czy na prawdę ktoś myśli, że dilerzy kierują się aż tak dalekowzroczną i zorganizowaną polityką rozwoju nazwijmy to biznesowego, którego nie powstydziłaby się przedstawić w portfolio niejedna profesjonalna firma consultingowa, poza tym istnieje też konkurencja i jaką przeciętny diler ma pewność, że klient będzie do niego przychodził zawsze (nieświadomie uzależniony od pierwszego zażycia heroiny w jego marihuanie), poza tym heroina dosyć dużo kosztuje, a dla wielu z pewnością byłby to prezent, w ich mniemaniu. Jak o kształcie ustawy może decydować ktoś kto nawet nie wie z czego zrobiona jest marihuana, pozostaje sobie zadać pytanie z czego robiona jest jego  herbata, kawy przecież owy człowiek nie pija, bo to napój szatana czy coś w tym stylu. Wszelkie badania naukowe były systematycznie ignorowane przez poprzednią ekipę, mimo, że za depenalizacją, czyli w skrócie niewsadzaniem do więzienia za jointa, opowiadają się znani mieszkańcy mojego miasta (wyłączając polityków PiS) w tym jeden z biskupów, jedynie pan prezydent Rafał Dutkiewicz stwierdził wymijająco (przed wyborami), że „wrocławianie mają poważniejsze problemy”, myślę, że nie ci, którzy złapani po raz trzeci czekają na proces, bo moim zdaniem, niewiele jest poważniejszych problemów niż groźba półrocznej odsiadki. W większości za depenalizacją opowiadają się wszyscy ci, którzy problem znają z bliska, 50-70% policjantów, prokuratorów czy sędziów. Ci pierwsi sami przyznają, że złapanie „palacza” jest dla nich łatwym sposobem na zdobycie punktów i chociaż rzeczywiście nie jest szczytem ich ambicji, to ustawa jest główną przyczyną „polowań” jakie urządzają, zajmując się grupami stojących spokojnie ludzi (interwencja trwa od 15 do 60 minut) gdy tymczasem cała reszta ich rewiru pozostaje bez nadzoru a myślę, że są bardziej zagrażające przechodniom przestępstwa niż palenie trawki, poza tym wielu z nich (jak również prokuratorów) z pewnością zdaje sobie sprawę z tego jak wygląda życie w więzieniu, szczególnie dla osoby nie mającej nic wspólnego z podkulturą kryminalną. Dlatego w praktyce bardzo rzadko trafia się do więzienia „za posiadanie”, a za pierwszym razem złapana osoba dostaje po prostu wyrok w zawieszeniu często nie odwieszany nawet za drugim czy trzecim razem (także jak widać sędziowie maksymalnie naginają prawo na korzyść oskarżonych).  Nie chcę grać na emocjach, ale każdej oburzonej na moje słowa osobie radzę wyobrazić sobie znanych im palaczy (z pewnością znają kogoś takiego choćby z widzenia, w tym bardzo możliwe ich dzieci) w roli więziennego cwela zmuszanego do świadczenia usług seksualnych (przy braku reakcji służby więziennej) innym więźniom, ludzi tych posądzał bym o daleko posunięte okrucieństwo. Na argument czy chcę aby moje dziecko paliło marihuanę, odpowiedziałbym, że na pewno nie chciałbym aby siedziało w więzieniu jeśli takie zachowanie miałoby miejsce, równie dobrze można odwrócić pytanie „oburzonych” i zapytać czy chcieliby państwo aby wasze dzieci siedziały w więzieniu za posiadanie, a zapewniam, że na prawdę bardzo znacząca większość, szczególnie w dużych miastach przynajmniej raz w życiu owo przestępstwo popełniło. Tak więc wyobraźmy sobie, że z ulic znika powiedzmy 70% młodych ludzi i trafia do więzienia, a tak by było gdyby to prawo skutecznie egzekwowano, czy tego ci ludzie chcą? Bo nie rozumiem. Mówią, że marihuana szkodzi, zapewniam, że więzienie jeszcze bardziej, a wszelkie argumenty dotyczące szkodliwości palenia można podać za delegalizacją alkoholu, także gdzie tu sprawiedliwość?
Ktoś powie, że marihuana jest zakazana w większości krajów europejskich, jednak nigdzie to prawo nie jest aż tak restrykcyjne, poza tym chyba nigdzie indziej osoby stojące w miejscu publicznym czy idące ulicą nie są przeszukiwane na tak masową skalę jak to się dzieje u nas, tak samo jak w Polsce nie przeprowadza się wyrywkowych rewizji mieszkań.
Kryminalizacja palenia marihuany zwiększa liczbę osób łamiących prawo, z tym, że w tym wypadku duża ich część nie popełnia żadnych innych przestępstw i tylko owo palenie czyni ich kryminalistami (daje pretekst policji do ciągłego przeszukiwania ich), skąd już łatwa droga do negowania instytucji prawa, państwa czy policji, nie uczy to szacunku do prawa lecz wywołuje niechęć do niego jako niesprawiedliwego, agresję w stosunku do systemu (hasło CHWDP przestaje być przez to domeną przestępców). Czyli z ludzi, którzy normalnie funkcjonowaliby jako tzw. „porządni obywatele” czyni przeciwników systemu czy policji, państwo samo sobie robi wrogów wśród tych, którzy normalnie byliby mu przyjaźni, nie mówiąc o ludziach, których ścieżki zawodowe zostały przerwane na skutek ukarania „za posiadanie”, otwiera to im drogę do innej kariery mniej legalnej, która czasem staje się jedyną „atrakcyjną” opcją. Notabene polski rząd już od dłuższego czasu zajmuje się tym tematem jednak od początku rządów PO, ustawa nad którą prace trwają od dobrych dwóch lat, nie ujrzała światła dziennego (i nie mówi się o niej zbyt głośno, może czas zacząć). I na koniec dla wszystkich ciekawych odpowiedzi na to pytanie: sam nie palę ale nie chcę odwiedzać niektórych znajomych mi osób w więzieniu.

Czytaj również