List otwarty do Adama Michnika

Drukuj

Na początek aby lepiej zobrazować sytuację przytoczę pewien kawał:

W barze siedzi dwóch mężczyzn. Podchodzi do nich kelnerka i uprzejmie pyta „Co panom podać?”. Mężczyźni zamawiają po piwie, z tym, że jeden z nich dodaje, że poprosiłby w czystym kuflu. Kelnerka przyjmuje zamówienie, po chwili wraca z dwoma kuflami i uśmiechając się pyta ”Który z panów zamawiał w czystym?”.

Ostatnio miałem dużą nieprzyjemność rozpoczęcia współpracy z jednym z oddziałów Pana firmy. Nie wiem czy słucha Pan „Pidżamy porno”, ale fragment ich piosenki, a mianowicie: „żyję tylko po to by nap…ać Warszawiaków, każdy z Warszawy jest na głowie swej kulawy”, niestety ale bardzo pasuje do moich ostatnich doświadczeń. Jak widać nie na darmo niektórzy nazywają to miasto „największą wsią świata”, oczywiście z całym szacunkiem do mieszkańców wsi (w cytacie zawarte jest jej stereotypowe znaczenie odnoszące się tak naprawdę do mieszkańców miast). Piszę to nie tylko dla tego, że jest to moja osobista sprawa, lecz moim zdaniem szerszy problem „kultury prowadzenia interesów”, a raczej jej braku. Czyli silniejszy (mający przewagę) może wszystko, a co gorsza, tą zasadę za pomocą racjonalizacji prezentuje się w kategoriach moralnych, a nawet czasami kultury osobistej, ewentualnie tłumacząc sobie, że „każdy tak robi” lub „tak już jest” albo „to normalne” (jak śpiewa inny muzyk-Warszawiak: „powiedzą ci, że to normalne i żebym przestał ściemniać, ale wszystko jest normalnie jak się nie ma punktu odniesienia”).  Zapewniam, że nie są to ani uniwersalne ani obiektywnie dobre czy skuteczne formy zachowań ludzkich w takiej sytuacji . Pana osoba została tu umieszczona symbolicznie, jako ktoś kto ma realny wpływ na tą kulturę. Ktoś kto nie jest winny takiego stanu rzeczy, ale w pewnym sensie odpowiedzialny, ponieważ na taki stan rzeczy ma (lub może mieć) realny wpływ. Biorąc pod uwagę metaforę Zimbardo, przestańmy patrzeć tylko na obraz (finalny efekt jakim jest gazeta, strona internetowa czyli generalnie wyniki), a zobaczmy też ramy tego obrazu (czyli w tym wypadku sposoby załatwiania interesów, traktowania ludzi, czyli wszystko to, czego nie widać lub nie zwracamy na to uwagi a jest środkiem do celu). Chociaż z drugiej strony to właśnie te ramy realnie widać w zachowaniu części ludzi, bo idea czyli cel jaki mają istnieje tylko w ich głowie (więc są niewidoczne), objawiają się właśnie w postaci gazety czy strony internetowej (ewentualnie „raju na ziemi”).

Tutaj nasuwa się fundamentalne pytanie wszystkich nauk społecznych : „Kto lub co za to odpowiada?”. Ja bym je sparafrazował i postulował zadanie, bardziej konstruktywnego pytania: „kto to może zmienić?”.

Nie piszę tu, że Warszawiacy tacy są tylko, że są tacy Warszawiacy. Chodzi tu o metaforę kariery i bycia „na szczycie” czy „lepszym” (a ludzi robiących karierę trzeba odróżnić od „karierowiczów”). To samo odnosi się na przykład do Nowego Yorku a szczególnie osób, które tam wyjechały mając nadzieję na zostanie „panami świata”. Problem polega na tym, że tamtejsza redakcja Poland.us, również zadziwiła mnie swoim podejściem do kultury osobistej. Nie mówiąc już, że chyba „cienko przędzie” skoro szuka oszczędności w taki sposób.

Otóż złożyłem temu portalowi ofertę współpracy. Odpowiedziano mi abym wysłał artykuł testowy   (wysłałem). Po kilku dniach zobaczyłem, ze został on opublikowany. Ucieszony wysłałem maila z zapytaniem: „czy to oznacza współpracę?”. Po około tygodniu czy dwóch (tutaj ciekawostka, ze w tym czasie otrzymałem z 15 spóźnionych maili, z tego 5 osób miało grypę a 10 awarię maila, tak na raz to wygląda dość zabawnie, taka dygresja bo nie jest to groźne), otrzymałem maila w stylu:” na razie nie możemy zaproponować współpracy odpłatnej, natomiast może Pan pisać dla nas za darmo.” Wobec tego postanowiłem wyjaśnić sprawę tego już opublikowanego artykułu (na co nie wyraziłem zgody) i po wymianie maili zadzwoniłem do tej redakcji. Zaznaczam, że spokojnie starałem się przedstawić swoje racje (z resztą to nieistotne): „że jasne, napisali, że jest to artykuł testowy, wiedziałem, że piszę za darmo, ale nie wyraziłem nigdzie zgody na publikację. Za darmo może być jeśli zaproponują mi dalszą współpracę jeśli nie to proszę mi zapłacić za ten jeden artykuł”. Na to otrzymałem łamaną polszczyzną (oburzonym moralnie głosem oczywiście) odpowiedź: „Ja się pierwszy raz z takim czymś spotykam”. Powiedziałem, że nie chcę dodatkowo powiększać kosztów i jak wszystkim opisanym (zaznaczam, że mieli kilka tygodni i wiadomości na zastanowienie), żeby się  zastanowili.

Uderzające jest to, że ludzie tacy mówią te słowa z pozycji elit społecznych, ludzi na poziomie, porządnych czy nawet kulturalnych, zapominając, że kultura to nie tylko forma (nawet jeśli to ma ona jakąś treść czy cel) ale przede wszystkim właśnie ta treść czyli szacunek do drugiego człowieka, który może być przyczyną takich a nie innych form. Na przykład zakaz bekania nie jest bezcelowy lecz ma na celu na przykład uszanowanie czyjejś chęci delektowania się posiłkiem co bekanie może uniemożliwić. Dlatego też owo bekanie może być kulturalnym zachowaniem gdy reszcie osób spożywających posiłek ono nie przeszkadza lub według tej reszty świadczy o tym, że posiłek smakował i przez to być wyrazem szacunku dla osoby, która przyrządziła posiłek.

A teraz przechodząc do sedna. Redaktorka zdrowie.gazeta.pl przeczytała chyba dyskusję na podobny temat na stronie Goldenline i chciała zrzucić z siebie odpowiedzialność w ten sam sposób (na tym samym „patencie”, podobieństwo jest uderzające ). Z tym, że w tej sytuacji tłumaczenie takie brzmi wręcz absurdalnie, żeby nie być gołosłownym przedstawię kopię wiadomości (pierwszą i ostatnią):

Pierwsza:

„OK, bardzo proszę o przesłanie do środy tekstów na temat: wpływu picia mleka na zdrowie człowieka – alergie, escherichia coli, a wzmocnienie odporności, zębów, kości. Oraz tekstu o szczepieniach na boreliozę – kiedy, dla kogo, jakie są skutki uboczne, co czym grozi borelioza.

AK”

A oto ostatnia:

„Dziękuję za przesłanie korespondencji między Panem a Agatą K.
Chciałam poinformować, że Agata K. nie ma pełnomocnictwa ani umocowania do zamawiania tekstów do serwisów grupy Gazeta.pl. Chciałam także dodać, że przesłane przez Pana dwa artykuły na temat Boreliozy i Mleka nie były opublikowane w żadnym z serwisów Gazeta.pl. Również w przyszłości nie planujemy publikacji tekstów, o których jest mowa w przesłanej przez Pana korespondencji. W związku z powyższym nie mamy podstawy do wypłacenia Panu wynagrodzenia za artykuły Pana autorstwa.

Pozdrawiam

Maria P.-O.
Kierownik Projektów Internetowych
Gazeta.pl”

Brzmi jak żart? Pani Agata K. jest redaktorem serwisu zdrowie gazeta.pl, podejrzewam, że nie tworzy prywatnej kolekcji moich tekstów, lecz zamówiła te artykuły na potrzeby serwisu w jakim pracuje (jest jeszcze jeden „patent” polegający na zapewnieniu, że „dana osoba już u nas nie pracuje”). Od kiedy to redaktor nie jest upoważniony do zamawiania tekstów to ja nie wiem. Od kiedy redakcja nie ponosi odpowiedzialności za to co robi jej redaktor też nie wiem. To czy teksty zostaną opublikowane jest prywatną sprawą redakcji, natomiast zapłata za nie (w przypadku gdy nie ma racjonalnych zarzutów, bo nieracjonalne były), jest już inną sprawą, nikt tej redakcji do współpracy nie zmusza, na pewno nie ja, więc jeżeli nie odpowiada styl lub forma można jej nie kontynuować. Natomiast gdy napisałem jakiś tekst specjalnie dla danego serwisu. Na wyraźne zamówienie (bez wzmianki o tym, że jest to tekst próbny a już tym bardziej darmowy) uważam, ze należy za niego zapłacić a nie stosować „kulturalną” wersję „ch… nam możesz he, he, he” (teraz to ja mogę tak powiedzieć z tym, że mam rację nie tylko w sensie przewagi). Problem uważam za szerszy dlatego piszę o tym tutaj. Tak samo jak osobę Pana Michnika w tym wypadku uważam za symbol tych wszystkich, którzy mają prawie, że bezpośredni wpływ na kulturę prowadzenia interesów w Polsce, czy generalnie rzecz biorąc szefów (bo politycy mają tu niewielkie możliwości ze względu na brak zwierzchnictwa nad obywatelami jako jednostkami, ich władza jest bardzo pośrednia. Nie są oni od wychowywania, za to mają wpływ na kulturę, która promuje takie zachowania). Nie chcę tutaj uderzać w rewolucyjne tony w stylu, „zróbcie z tym porządek albo my zrobimy bałagan” (a zapewniam, że „nas jest więcej”), ale podejście do pracownika (chociaż w tym wypadku to bardziej współpracownika, no ale generalnie do kogoś nad kim ma się przewagę w postaci takiej, że ma się coś co ta osoba chce a nie na odwrót. Bo jak wiadomo teksty piszę wiele osób, płaci za nie niewiele) w Polsce szczególnie w porównaniu z podejściem w starej UE ciężko nazwać jakimkolwiek poziomem, nawet niskim. Bo nie może być tak, że liczą się tylko normy prawne (jak widać jest różnica między czystą logiką a zdrowym rozsądkiem), a brak jest jakichkolwiek norm obyczajowych (całkowitą regulację prawną postulowali faszyści, w krajach demokratycznych istnieją też normy obyczajowe czy moralne nie zawierające się w prawie). Gdzie tu szacunek, gdzie kultura osobista na tym szacunku oparta (a nie na przykład na ładnym wysławianiu się)? Niestety wygląda to nie tyle na indywidualne chamstwo lecz wręcz działania systemowe. Dla udowodnienia tezy podam w skrócie kolejny przykład (z Warszawy).

Otóż dostałem zamówienie na tekst pt. „Trend zrównoważonego rozwoju w aspekcie branży opakowań „zielonych” i/lub biodegradowalnych”. Jak się okazało (po napisaniu) chodziło o ten sam temat tylko, że bez słowa „ aspekcie”. Tak więc nieświadomy niekompetencji językowych pani redaktor Eweliny P.-S. (pismo nazywa się  „Chemia i biznes” , chociaż mógłbym używając „patentu” Gazeta.pl powiedzieć, że jest to niezwiązane z tematem, taka dygresja wręcz kryptoreklama), postanowiłem jako socjolog napisać coś więcej oprócz „suchych danych” zebranych z Internetu, wzbogacając artykuł przedstawieniem właśnie tego co miało być opisane „w aspekcie” (a nie „w”) branży opakowań…  A mianowicie trendu zrównoważonego rozwoju. Jest to dosyć ważna idea a sądząc po temacie punkt ciężkości miał być położony właśnie na nią. Okazało się, że przyjęte przez panią redaktor nie napiszę, że naczelną (dla niepoznaki) zostało tylko 20% (zawierające suche dane). W wyjaśnieniu otrzymałem „przecież pisałam Panu, że tak jak inne artykuły w gazecie” no słyszałem bardziej wyczerpujące wskazówki, szczególnie, że dwa zdania potem (po napisaniu tekstu na kilkanaście tysięcy znaków) już wiedziałem o co chodziło. Wobec tego postanowiłem zaproponować ugodę (nie miałem zamiaru poprawiać tekstu, co mi zaproponowano ze względu na to, że obawiałem się, że takich poprawek będzie piętnaście a wypłata ta sama) w postaci zapłacenia mi połowy wynagrodzenia i pokojowego „rozejścia się” we własne strony. Po raz kolejny padł argument, że tekst nie będzie wydrukowany, fakt, że został już napisany nie miał większego znaczenia dla tej pani (nienaczelnej „Chemii i biznes” nie nazywającej się Ewelina Pło….-St…- czegoś uczy ta „branża”). Chyba sama zainteresowana nie złoży pozwu jednocześnie przyznając, że nie zna znaczenia wyrażenia „w aspekcie” bo nie płacenie chyba żadnym wstydem w tych (padały argumenty, że jest to pismo dla wyższej kadry menadżerskiej i im nie trzeba tłumaczyć co to jest ekologia, szkoda tylko, że do zasad trendu zrównoważonego rozwoju stosuje się w porywach kilka procent z nich gdy za granicą kilkadziesiąt bo jest to i ekologiczne i opłacalne co starałem się udowodnić w artykule) kręgach nie jest.

Osobiście dodam, że nie wiem czy osoby te po prostu kłamią (śmiejąc się ze mnie) czy rzeczywiście wierzą w to co mówią, miałem niewielkie kontakty z tzw. „wyższymi sferami” więc nie wiem. Moim zdaniem (nawet nie moim bo jest to oczywiste i nie trzeba do tego studiować socjologii) ludzie ci (pytanie brzmi czy świadomie czy nie), wykorzystują fakt, że zarabianie na pisaniu jest marzeniem bardzo wielu ludzi i aby to osiągnąć gotowi są na wiele, nie mówiąc już o ogromnej liczbie osób, dla której już sama publikacja artykułu jest zaszczytem i gotowi są za nią nawet zapłacić. Zapominają przy tym, że niektórzy lubią piwo ale wolą je pić w czystej szklance.

Chodzi o to, że zapewne jak wiele osób  (nie tylko w tej „branży”) chciałbym wykonywać swój zawód bez obawy o to, że ktoś jak tylko będzie miał możliwość (prawną lub wynikającą z zasad wolnego rynku), oszuka mnie, uważając się przy tym za osobę „na poziomie” i „kulturalną” dodatkowo jeszcze mnie strofując w tym względzie, twierdząc jak Agata K., że „jeszcze nigdy nie miała do czynienia z takim… kimś” a chciałem zaznaczyć, że nie przeklinałem i już tylko z tego powodu można by mnie nazwać  dżentelmenem w pełnym tego słowa znaczeniu. Bo dzielnicowe powiedzonko „słuchaj chamie…” by tu nie wystarczyło, apelował bym też do niektórych osób (jak już piszę list otwarty) o nie naśladowanie (nieudolne) takiego stylu bycia bo w „naszych” przekleństwach nie ma nienawiści i pogardy jak w waszych wypowiedziach „na poziomie” już nie mówiąc o wulgaryzmach, „my” nie mamy dwóch twarzy. Także na koniec dodam, że rozumiem,  mamy kryzys, ale w czasach kryzysu też trzeba się umieć zachować. Dodatkowo należy wspomnieć, że zaufanie jest podstawą kapitału społecznego a bez niego ciężko o dobrze prosperującą gospodarkę i bogacenie się narodu.

P.S. Mówiąc szczerze miałem pewne obawy, czy po takim „liście” ktoś mnie jeszcze zatrudni (w sumie mogę robić co innego), ale z drugiej strony tego typu redakcje lepiej żeby mnie skreśliły z listy kandydatów, dla obopólnego dobra (jak i zachowania przeze mnie przysłowiowych „nerwów”). A napisałem tak bo nie wszyscy tak robią, myślę, że większość redakcji postępuje uczciwie (poprzez informowanie „na czym się stoi” wtedy każdy ma wybór, chociaż nie oznacza, że samą propozycję uważam za uczciwą: na przykład 1zł za 1000 znaków).

Czytaj również