Niedźwiedzia przysługa Brevika – Oslo zaraz po zamachu

Drukuj

„I wiesz co mnie boli….?”

„Człowieku ty stoisz nagi! Nagi twój umysł wśród pierwszej bramy do świata magii”

Ten artykuł powinien nazywać się „You do it wrong Anders”, ale powaga sytuacji sprawiła, że zatytułuję go inaczej.

Ciekawe jak się teraz czuje niejaki Jarek K. gdy okazało się, że do grona zwolenników jego partii po takich znakomitościach jak (jak już pisałem wcześniej nie mój) ojciec Tadeusz R. dołączyła niedawno nowa gwiazda prawicy Anders Breivik. Czyżby nowy kandydat na honorowego prezesa komitetu poparcia? Fakt, że mężczyzna ten również mieszkał z przysłowiowym kotem nie stawia najlepiej „charyzmy” Jarka K. w najlepszym świetle. Myślę, że po tym gdy Jarek K. odczytał zamieszczony dzisiaj na Interia.pl artykuł, w jego gabinecie można było zobaczyć pochylającą się głowę, zasłaniającą ją, opartą o czoło dłoń i  usłyszeć tylko ciche „Ja pier…ę”, ewentualnie dobitne „debil”. Mi tylko pozostaje pogratulować wam zwolenników.

Na Salon24 przeczytałem wczoraj ciekawy cytat, z Biblii notabene: „Ten kto współczuje gdy powinien być okrutny, będzie okrutny gdy powinien współczuć”. Stawianie tej partii w jednym rzędzie z faszystami z NOP czy ONR również chyba go nie ucieszyło. Wszystkie organizacje lewackie świata nie byłyby w stanie uczynić takiej roboty jaką wykonał ten człowiek. Przez chwilę miałem zamiar zobaczyć komentarz PiSu w tej sprawie, jednak gdy zobaczyłem na zdjęciu posła tej partii a za jego plecami napis na telebimie: „obronimy chrześcijaństwo”, stwierdziłem, że lepiej nie tracić więcej nerwów na oglądanie u polskich polityków wpływowej partii tez zawartych w manifeście Breivika (chrześcijanina). Czyli przed kim Jarek K. chce bronić to chrześcijaństwo? Przed muzułmanami, lewicą i masonerią  zapewne. Niedługo okaże się, że Breivik jest tak naprawdę czarnoskóry, tylko masońskie media wybielają mu twarz (a dlaczego nie ma transmisji na żywo z sądu?). Jeszcze przyszło mi na myśl, że być może Jarek K. chce znaleźć się w następnym manifeście Breivika jako następca Jana III Sobieskiego.

Myślę, że Breivik pogrzebał politykę anty imigracyjną w Europie na długie lata, lepiej dla niego, żeby w więzieniu nie trafił do jednej celi z jakimś nazistą czy nacjonalistą (takim bardziej intelektualnym). Szanse na przegłosowanie w Polsce ustawy o zakazaniu „mowy nienawiści” wzrosły dziesięciokrotnie bo teraz każdy kto powie coś co było w manifeście Breivika (nawet jeśli jakimś cudem by miał racje, w końcu to ponad tysiąc stron), będzie stawiany z nim w jednym rzędzie. Także w tym sensie można powiedzieć, że ofiara zabitych przez terrorystę nie poszła na marne jeśli tylko to może uświadomić ludziom czym jest faszyzm i jakie zagrożenie stwarza.

Podobna sytuacja miała miejsce w Polsce po katastrofie smoleńskiej. Od początku wiedziałem, że śmierć Lecha Kaczyńskiego wcale nie była w politycznym interesie (czyli nie zwiększała jego szans na bycie prezydentem na dłużej) Komorowskiego (zarzucano mu, że się cieszy), ponieważ naród obdarzył współczuciem niejakiego Jarka K. a wiadomo, że ludzie często nie kierują się merytorycznymi przesłankami tylko emocjami. Po wyborach okazało się, że miałem rację, pomimo wcześniejszej, druzgocącej przewagi w sondażach, Komorowski wygrał o mały włos.

Jak do tej pory jedyne zagrożenie zamachem płynęło ze strony muzułmańskich terrorystów (nie licząc IRA czy ETA ale oni o ile jeszcze działają to robią to zupełnie inaczej, nie atakując zwykle obywateli, także nie wzbudzali w nich strachu).  Jak wiadomo, pomimo tego, że na śmierć w zamachu mamy bardzo małą szansę to przeraża nas to bardziej niż widmo śmierci w wypadku samochodowym lub na skutek zadławienia się ością. Może dlatego, że nie była by to śmierć z ręki wroga. Siłą rzeczy ludzie zaczęli się bać muzułmanów, pomimo tego, że odsetek terrorystów w ich „szeregach” był o wiele mniejszy (wielokrotnie) niż liczba psychopatów w Polsce na przykład (chodzi mi tu o sens naukowy), których jest jeden lub dwa procent, w zależności od tego jak ostre kryteria się przyjmie. Teraz nagle okazuje się, że największym zagrożeniem jest skrajna prawica, a jak to bywa strach zacznie się przenosić na całą prawicę, szczególnie gdy z ust jej członków zaczną padać tezy zawarte w manifeście Breivika. Podobnie było z lewicowymi organizacjami terrorystycznymi, nie ugrały one zbyt wiele, kompromitując w społeczeństwie swoje idee (nie mówiąc już o Stalinie, Mao czy Pol Pocie, ale ten strach jest już uśpiony podobnie jak było do zamachu ze strachem przed faszyzmem, gdzie jeszcze do niedawna w Polsce wyśmiewano działanie takich organizacji jak „Nigdy więcej”, uważając ich za histeryków).

„Zakłócony pokój ludziom dobrej woli”

(„Takich historii jak ta nie policzę na palcach

mogłem liczyć wtedy tylko na farta,

mogły już znicze płonąć nade mną

i nie raz i nie dwa było blisko do tego.

Myślę o tym kiedy zrobi się ciemno,

kto i czemu wtedy czuwał nade mną

nie rozumiem sensu tych chwil i

do dziś myślę gdzie byśmy dziś byli”)

Do wszystkich oburzonych tym, że „robię sobie jaja” z tej sytuacji, postaram się udowodnić, że mam do tego prawo (większe niż normalnie).

Wczoraj wieczorem, gdy wracałem z rozmowy o pracę (pomalowanie dużego domu) podczas jedzenia mojego ulubionego Kebabu w budynku przylegającej do dworca głównego (gdzie co jakiś czas powracały do mnie myśli o ofiarach strzelaniny, o ludziach stojących spokojnie przed kościołem gdzie była odprawiana msza za ofiary, których widziałem zanim odwróciłem głowę jadąc tramwajem na spotkanie, a którzy mogli być ich bliskimi już nie myślałem, bo to dla mnie za dużo. Wrażenie robiło, że widzę na żywo coś co pokażą telewizje całego świata, których wozy stały przed kościołem), ewakuowanej w dniu zamachu, pustej z powodu niedzieli galerii Byg Port (gdzie jeszcze nie wymienili pękniętej szyby), usłyszałem (jakby w radiu) dość cichy sygnał alarmu, podobny do tego jaki wydaje czujka dymu, jednak to co wzbudziło mój niepokój to to, że „k… to nie jest czujka dymu” (poza tym w knajpie z pewnością  radzą sobie z tym problemem (włączających się ciągle alarmów przeciwpożarowych, tak sobie teraz myślę, że to może nie przez głupotę zginęli Polacy w Bergen, którzy wyłączyli bezpieczniki przez co zginęli w pożarze)). Zaraz potem miękki, kobiecy głos zakomunikował coś w stylu: „grande alert” czy „grande alarme”. Zapytałem sprzedającego Araba: „co się stało?”

(nie znał angielskiego co mnie wcześniej denerwowało, bo prawie każdy w tym kraju zna angielski a akurat sprzedawca mojego ulubionego kebabu musiał podobnie jak jego zmiennik nie znać (ale znał norweski, wracając potem tramwajem pomyślałem, że dobrze, że nie na odwrót), co skutkowało tym, że zamówienie było prawie jak losowanie (płaciło się wcześniej). Denerwowało szczególnie gdy przy nakładaniu składników najpierw pytał czy „everything?” po czym jak zwykle pokazywał każdy składnik z osobna na co ja musiałem kiwnąć głową lub mówić: „ja ja”, a na koniec po mojej prośbie o mało kapusty i dużo kukurydzy, powiedział „ok” i napełnił pół bułki kapustą, co sprawiło, że zacząłem tracić nerwy (szczególnie, że powiedziałem „liten” po norwesku gdy pokazywał ręką na kapustę i „stor” gdy na kukurydzę), ale się uspokoiłem. Sprzedawca chyba też nie był zbytnio spokojny sądząc po tym w jaki sposób przeganiał Norweżkę, która postanowiła się schować przed deszczem stając w progu jego knajpy. Zrozumiałem tylko coś w stylu „nie tarasuj drzwi” (teraz podczas pisania artykułu uświadamiam sobie, że nie było to bezsensowne zachowanie). Norweżka najwyraźniej zrozumiała swój błąd. Poznałem to po tym, że mówiła: „ja ja ja ja ja” (w Norwegi witając się mówią: Hei hei więc to nic dziwnego, że nie dzwoni się umówić w sprawie pracy mając mniej niż 10 koron na karcie, chyba, że się kogoś uprzedzi lub wyśle smsa) i śmiejąc się z siebie poszła pod wiatę przystanku.)

Sprzedawca pokazał mi ręką, żebym chwilę nic nie mówił i zaczął uważnie słuchać komunikatu (a ja chyba jeszcze uważniej patrzeć na sprzedawcę), po kilku sekundach popatrzył na mnie trochę przerażonym wzrokiem i zdecydowanym ale dość cichym głosem rzekł: „go ut”. Dwa razy powtarzać nie trzeba było (dla tych co teraz twierdzą, że od razu by uciekali po tym sygnale chciałem nadmienić, że komunikat mógł brzmieć równie dobrze „nie wychodzić na ulicę, snajper na dachu galerii Byg Portet”, dla tych, którym głos „rozsądku” powie: „gdzie snajper na dachu galerii?”, chociaż też się śmiałem z „Talibów w Klewkach” odpowiem: „gdzie skrajna prawica w Norwegii?”. Do tych co twierdzą, że by zostali na krześle nic nie powiem bo jak widać, żadne nawet najbardziej rozsądne argumenty do nich nie docierają).

Czytelnikom proponuję sobie przypomnieć jak się czuli podczas burzy z piorunami na otwartym polu. Gdy wychodziłem z knajpy w stronę przystanku denerwowało mnie, że muszę kończyć kebab (który wybitnie mi dzisiaj „nie wchodził”, ale od śniadania nic nie jadłem) w ruchu i z parasolką w ręku. Zaczynam się rozglądać dookoła, mam nieodparte wrażenie, że „za chwilę coś tu wyp…”, uświadamiam sobie, że moje wcześniejsze fantazje na temat władowania w zamachowca zawartości jego magazynku lub wgniecenia mu punktu pod grdyką nie byłyby takie łatwe w wykonaniu. Gdybym zobaczył teraz kogoś z bronią prawdopodobnie bym zemdlał lub biegł przed siebie na nic nie patrząc. Nie odwracam się za siebie, sprzedawca da sobie radę. Uspokoiłem się trochę gdy za rogiem zobaczyłem radiowóz, z którego nie zarządzano ewakuacji, Securitas (kanarów zwanych przez Polaków – „gestapo”, chociaż Securitate bardziej by pasowało. Określenie trochę na wyrost, fakt, że raz byli bezwzględni i zimni niczym komunistyczne służby specjalne, tak, że nawet nie zaczynałem dyskusji, no i zrobili literówkę w adresie, co w Polsce skutkuje odwołaniem kary, w Norwegi jeszcze nie wiem jak jest, myślałem też czy by nie udawać, że mówię po angielsku ale oglądałem akurat ten odcinek „Ziomka”, w którym bohater spędził noc na komendzie bo ambasada Włoch była zamknięta, serial jest francuski. Za drugim razem mnie puścili, ale miałem dobre argumenty, że jadę po wypłatę, którą miałem dostać wczoraj i mam już jedną karę, więc kazali mi kupić bilet w automacie co zrobiłem mimo, że nie wysiedli za mną z metra), którzy jak to często bywa stali spokojnie przed wejściem do stacji metra i ludzi, którzy nigdzie nie biegną. Jednak co jeśli, ani policja ani Securitas nie usłyszeli jeszcze alarmu. Stojąc jakieś sto metrów od przystanku, rozglądając się w każdą stronę, zastanawiając się nawet gdzie schować się przed odłamkami („ale bez przesady”) uświadomiłem sobie, że za chwilę może mnie nie być, w każdej sekundzie mogę umrzeć. Zacząłem się rozklejać. „Jeszcze nie teraz”, „tyle marzeń i wszystko na marne” „nie chcę” takie myśli zaczęły mnie nachodzić, chociaż z drugiej strony poczułem tak głęboki i prawdziwy smak życia jak dawno mi się nie zdarzyło, myślę, że takie zdarzenie może wyleczyć niejedną depresję, chociaż trwało to w sumie może z kilkanaście sekund bo na szczęście szybko się uspokoiłem. Wcześniej w głowie kołatała mi się cały czas myśl aby wbrew instynktowi unikać tłumów. Szczególnie patrząc na pełną przechodniów i turystów (pomimo deszczowej pogody i tego, że była niedziela) Johan Torsens gate będącą głównym deptakiem łączącym dworzec z pałacem królewskim. Po kilku minutach pod dworzec główny (gdzie zamiast odwiedzenia kebabu miałem kupić mrożoną pizzę, jak to się mówi skąpy dwa razy traci, a minutę wcześniej zastanawiałem się czy nie iść po papierosy, w końcu dworzec pewnie był prawie pusty, ponieważ był to jedyny w okolicy otwarty sklep, a papierosy gdzie indziej kosztują pięć złotych drożej) podjechała straż pożarna (jeden wóz, w razie zamachu byłoby ich więcej… chyba, że to ten co był najbliżej akurat, to refleksja z chwili obecnej), zatrzymała się tuż obok pijących w ogródku restauracji piwo Norwegów (widok straży pożarnej sprawił, że stwierdziłem, że „pier… te pięć złotych”. Na Norwegach nie zrobił wrażenia). Dodatkowych powodów do złości przysporzył tramwaj, który mi uciekł, bo pomimo tego, że sytuacja okazała się (wygląda na to, że) niegroźna, miałem szczerą ochotę oddalić się z tego miejsca, ale znowu nie aż taką żeby później się wracać. Czekam na tramwaj próbując jeść kebab i ciesząc się, że nie zapomniałem parasolki, chociaż może się to wydawać dość kuriozalną sytuacją. Co jakiś czas wymyślam jak to wszystko opiszę w artykule.

„Do boju zakon Marii”

(„dziś w moim mieście ludzie (jak widać tylko część przyp. red.), mają w oczach strach, a gdy noc nadchodzi zamykają drzwi, oni chcą żyć dłużej, tajemnic nie chcą znać, przez co mają tylko koszmarne sny, kto to widzi ten to czuje… czuje…”)

Każdy już chyba słyszał o zakonie templariuszy, do którego „należał” zamachowiec (przynajmniej tak twierdzi). Jednak niewielu słyszało o opanowującym cały świat (mającym już swój oddział w Norwegii) zakonie marii. W Polsce jednym z jego głównych przedstawicieli jest Ś.P Brat Joka, ale proszę się nie martwić „Ś.P.” to tylko część jego pseudonimu (zainteresowanych czym jest zakon odwołuję do piosenki „Psychodela” zespołu Kaliber44).

Wcześniej, w jednym momencie żałowałem, że nie miałem ze sobą aparatu, gdy tuż obok taśmy zamykającej strefę wybuchu, siedziało w ogródku piwnym kilku młodych czarnych i arabów (dzielnica rządowa przylega do dzielnicy imigrantów, na której znajduje się hostel „Anker”, w którym mieszkałem jeszcze dziesięć dni wcześniej a gdzie szyby nie wyleciały tylko dlatego, że znajdował się za rogiem, tak, że fala uderzenia tam nie doszła. Nawiasem mówiąc w piątek z rana dowiedziałem się, że moja rezerwacja w innym hostelu się skończyła a dzisiaj przyjeżdża wycieczka więc w pokojach wieloosobowych nie będzie miejsca, co oznaczało pakowanie się i kolejną przeprowadzkę do hostelu „Anker”. Jednak na szczęście miła (chociaż mówi do mnie Piotr pomimo tego, że tłumaczyłem jej, że Piotrek, ale żeby oddać sprawiedliwość ona ma na imię Anka a mi zdarza się powiedzieć Ania lub Ana, wcześniej mówiłem Anika), pochodząca z Rumunii recepcjonistka wynajęła mi pokój trzyosobowy w cenie wcześniejszej (mieszkam tam w sumie kilka tygodni, gdy mieszkałem w Anker prawie codziennie przechodziłem Aksergata a mój ulubiony bar znalazł się niestety za taśmą odgradzającą strefę wybuchu), którzy swoją postawą jasno demonstrowali gdzie mają zamachowca, ciekawe ilu z nich przybyło tu ze strefy wojennej (chociaż bardziej pod to pasowali ci starsi z przerażeniem w oczach), osobiście rozmawiałem z dwójką w hostelu, jedną kobietą z Somalii twierdzącą, że jeśli się wyjdzie w nocy na ulicę jej miasta można zginąć i z Afgańczykiem (który notabene również miał jakieś kontakty z Zakonem Marii, wstąpił do niego ponieważ nie mógł przespać dwóch nocy przed zameldowaniem się do mojego pokoju, poza tym pił czasem alkohol, „bo może i nie jest to dobre ale nikt nie jest idealny, poza tym Mahomet mówił żeby pito, dopiero później przywódcy religijni stwierdzili, że mężczyźni gwałcą po alkoholu kobiety i go zakazali”), który mieszka w Norwegii od dziesięciu lat. Na moje pytanie czy uciekł przed wojną odpowiedział, że tam jest od trzydziestu lat wojna. Po mojej uwadze, że to przez Talibów (mając w pamięci zdjęcia z lat sześćdziesiątych, na których Afgańczycy i Afganki niczym z wyglądu nie różnili się od na przykład Amerykanów), odpowiedział, że „to nie takie proste, ludzie chcą pokoju”.

Śmiejący się imigranci (aż się przypominają słowa pewnej piosenki: „gdy zacieszymy, nie masz wątpliwości kto jest najlepszy, więc łap oddech…”) z dwoma żołnierzami (niektórzy z żołnierzy mieli czerwone oczy, w oczach niektórych starszych imigrantów, szczególnie kobiet widać było przerażenie, chociaż podejrzewam, że wielu z nich czuło ulgę, że to nie muzułmanie są sprawcami) pilnującymi wejścia do strefy wybuchu w tle, a dziesięć metrów obok nieuprzątnięte jeszcze szkło… dobre zdjęcie.

„Mam jedną pier… schizofrenię”

Dla mnie dużym problemem było to, że mam niebieskie oczy i blond włosy i ciągle miałem wrażenie, że ludzie się dziwnie na mnie patrzą, szczególnie gdy stałem w kolejce w sklepie gdzie byłem jedynym białym zalewał mnie zimny pot. Dzień wcześniej musiałem z tego powodu wyjść z kolejki McDonalda na dworcu. Poza tym chodząc wokół strefy wybuchu humor poprawia mi wymyślanie scenariuszy do filmu. Po pół godzinie mam już cały film łącznie z dialogami w kilku wersjach. Nieodłącznym jego elementem jest kamerzysta, który znajduje się przypadkowo w strefie opanowanej przez terrorystów wraz z głównym bohaterem. Komentarze w stylu: „będzie milion na YouTube” padają co chwilę, w tej chwili większości oczywiście nie pamiętam. W filmie jest też przypadkowo znajdujący się wśród przypadkowo uwolnionych zakładników oddział kilku żołnierzy czy policjantów, jest jeden Pakistańczyk (jest też wersją z islamskimi terrorystami), który również znajduje się wśród uwolnionych zakładników, a który bardzo chce sie przyłączyć (głównym motywem jest to, że bohaterowie nie mają innego wyjścia, nie wiadomo co się dzieje dookoła) ale nikt mu nie chce dać broni (bohater zdobył ją przebierając się za jednego z dwóch obezwładnionych terrorystów, jednego obezwładnił wychylając się z wnęki, do której schował się po wybuchu, gdzie wcześniej wciągnął biegnącego w szoku kamerzystę. Za pomocą ekranu LCD starał się zobaczyć co się dzieje za narożnikiem, ale zobaczyło to dwóch terrorystów i oddało w kierunku kamery strzały. Nie ma gdzie uciekać, terroryści i tak już zobaczyli, że tam ktoś jest więc każe kamerzyście wystawić rękę z kamerą, żeby widział jak daleko są. Odpala papierosa (co z tego, że widzą dym, po czym mówi, że „jak chcesz mieć Pulizera to to kręć i jeśli wierzysz w Boga to módl się za mnie”. Terroryści są zbyt pewni siebie, gdy bohater widzi skrawek ubrania terrorysty za rogiem, wychodzi mu na przeciw, pierwszego łapie w klincz, wolną ręką pstryka drugiemu papierosem w oko, pierwszego obezwładnia natychmiast przekręcając mu karabin tak, że zabija drugiego i tutaj są różne wersje. Napastnika trzeba przesłuchać tak aby dowiedzieć się co się dzieję ale żeby na pewno nie kłamał. Bohater pyta czy terrorysta zna angielski? Nic nie mówi. Gdy po angielsku, spokojnym tonem słyszy, że zginie za pięć sekund zaczyna drżeć. Bohater żartobliwym tonem pyta czy spieszy mu się do dziewic?  Nic nie mówi. Bohater przystawia mu do krocza lufę po czym pyta co te dziewice na to? A co Allach? Uderza w jego kompleks ojca (terroryści zwykle psychicznie stabilni nie są). W innej wersji przychodzi kobieta i to ona wydobywa zeznania karabinem (czasem nieopatrznie podchodząc zbyt blisko do wyszkolonego terrorysty). Dalej jest albo przepychanie samochodu z bombą, która jak dowiedzieliśmy się od terrorysty wybuchnie za dziesięć minut (a na przykład snajper celując do przebranego za terrorystę bohatera przebija oponę. Albo wspólna wyprawa do bezpiecznej strefy bohatera i kamerzysty, z tym, że ten drugi nie może przebrać się za terrorystę bo zabiją ich z helikoptera, snajperzy nie strzelą bo na plecach czy obok głowy mają napisy lub karteczki („friends” „kurwa” itd.) w innej wersji bohater stojąc na ulicy widziany z muszki snajpera pokazuje morsem jedyne słowo jakie zna w tym języku, co wywołuje komendę „stop schooting, stopschooting it’s polish guy”, ewentualnie snajper widzi karteczkę z tyłu głowy, albo napis na plecach (lub dziennikarz pokazuje znak „OK”, którego mogą nie zrozumieć terroryści). Bohater może zginąć z rąk Norwegów, dziennikarz udający zakładnika z rąk terrorystów, jednak obaj wiedzą, że dziennikarz ryzykuje bardziej. Gdy zbliżają się do pięciu terrorystów, wiedzą, że względny spokój mają tylko do zwrotu: „Co tam?”, na szczęście terroryści mają opuszczone karabiny, dodatkowo kierują je w inną stronę po tym jak główny bohater wskazuje im dach. To sprawia, że wszyscy są martwi po jednej serii lub kilku szybkich pojedynczych strzałach. Główny bohater dopiero teraz uświadamia sobie, że dobrze, że karabin był automatyczny i nie trzeba go było odbezpieczać (żartując sobie na temat nowych dostaw w Al Kaidzie i tego, że dobrze, że od Polaków nie kupili tej broni). Okazuje się, że terroryści pilnowali budynku z zakładnikami, gdzie bohater musi się dodatkowo natrudzić aby nie zostać zabitym ale też aby nie wzbudzić paniki po tym jak się dowiedzą, że są wolni (w miarę) bo terroryści prawdopodobnie opanowali jakiś teren. Tam zaczyna pytać o to kto jest żołnierzem czy policjantem, teraz myślę, że jeszcze lekarz by się przydał. Jest tam kilku żołnierzy czy policjantów lecz nie chcą go zabrać ze sobą. Bohater powołuje się na dziadków, którzy też byli żołnierzami czy partyzantami i, że ma to we krwi (do czarnego żołnierza mówi: „Im more balck than you man…”, ewentualnie kamerzysta mówi do ich aktualnego przywódcy (który będzie się zmieniał w zależności od sytuacji): „belive him man…”, może tak też mówić gdy bohater podbiega obok drzwi opanowanego przez terrorystów budynku i pokazuje ręką aby trzech ludzi obstawiło jego tyły, nad czym wacha się (akurat w tej sytuacji) dowódca. Gdy tak się w końcu dzieje bohater próbuje otworzyć drzwi kopniakiem (zakładników tam nie ma bo by ich pokazali, najprawdopodobniej)  ale mu się to nie udaje i odbija się od drzwi, odwraca się i śmieje do ukrytych kolegów. Strzela z karabinu w zamek, teraz dużo łatwiej, puszcza kilka serii po ścianach parteru, nie wchodząc do środka i zaczyna z całych sił krzyczeć coś w stylu: „It’s police, go to the fu.ing ground” i naśladować wszystkie głosy jakie słyszał na filmach czy w grach, puszcza jeszcze jedną serię i wymyśla niezrozumiale jakieś arabsko brzmiące krzyki. Po czym odbiega na moment kilkanaście metrów na bok, patrząc na swoich towarzyszy puka się w czoło i uśmiechając pokazuje ręką coś w stylu „proszę bardzo”. Po chwili budynek wybucha tak, że bohater upada na ziemię (teraz wymyśliłem, że wtedy do niego może strzelić snajper, ale to już trochę zbyt naciągane, we wcześniejszej wersji bohater czekając na wybuch dla pewności pokazuje morsem czy na migi właśnie to słowo: „kurwa” widziane przez celownik snajpera. Pozostali na tyłach żołnierze strzelają do uciekających niedobitków, a była to główna kwatera jak się okazało. Jeszcze był motyw z Pakistańczykiem, któremu nikt nie chce dać broni (skoro bohater mógł się przebrać to mógł zrobić to też terrorysta), bohater kopem powala go na ziemię celuje w niego karabinem i udając wyprowadzonego z równowagi krzyczy: „Where do you live? Where do you fuck…g live” „I’ll kill you! You understand?” „What is your address?”, przerażony Pakistańczyk wydukuje z siebie nazwę ulicy, bohater wydaje polecenie aby ktoś wziął jego dowód i to sprawdził, oczywiście wcześniej go przeszukano, czy nie ma broni czy ładunku wybuchowego. Ulica się zgadza. Już na spokojnie bohater pyta: „Ile tu mieszkasz?”. „Dziesięć lat”, odpowiada lekko uspokojony Pakistańczyk. To podaj sąsiadujące ulice. Mężczyzna wymienił pięć. Jeden z Norwegów potwierdził. „Przynajmniej wiadomo, ze nie przyjechał tuż przed zamachem” stwierdził Bohater, wiedząc, że on może wszystkim uratować życie („dodając na koniec z dobrotliwym uśmiechem: „sory man, I had to check you”). No i tutaj wracamy do chowających się przed kwaterą żołnierzy. Z okien celują w ich stronę snajperzy czy ludzie z karabinami, nie mogą wybiec bo ich powystrzelają, od innej strony też nie ma jak. Jedyna szansa to podstęp. Pakistańczyk zgłasza się na ochotnika, że ich zagada, czy, że dostanie się do ich siedziby. Reszta ostrzega go, że jak tylko coś zobaczą, a czekają w napięciu, momentalnie zginie (na przykład na skutek zająknięcia się ze strachu). Mężczyzna wstaje i idzie w kierunku drzwi frontowych. Po kilku krokach zatrzymuje się i zaczyna rozmawiać (krzykiem) ze snajperem, reszta ma go na muszce. „fuck, man i was never so stressfull” „fuck, they will kill him”, resztę zaczynają ponosić emocje, rozmowa się przedłuża i przybiera coraz bardziej nerwowy obrót, nie wiadomo o co chodzi, ale snajper stał się nerwowy. Emocje za murkiem (czy schronieniem) sięgają zenitu, nagle pada jakaś komenda i Arab dostaje kulę w lewe ramię po czym pada na ziemię. Widząc to czający się za murkiem nie wytrzymali i jednocześnie, łącznie z kamerzystą z okrzykiem bojowym wybiegają biegnąc wprost do drzwi frontowych kwatery głównej, terroryści są tak zaskoczeni, że nikogo nie trafia żadna kula, gdy nasi bohaterowie dostają się do środka nie mają już problemu z oczyszczeniem budynku. Gdy wychodzą znów na ulicę z każdej strony wybiegają członkowie oddziału specjalnego. Wszyscy momentalnie kładą się na ziemię odrzucając karabiny. Główny bohater leżąc, krzyczy, że jest „friend”, reszta daje mu sygnał, żeby się nie odzywał. Jeden z policjantów łamie mu nos kolbą, na co bohater odpowiada: „you will say sory for this man…” (w drugiej wersji dzieje się to na oczach kamer). Bo na obrzeżach zajętej strefy czekają już na nich telewizje z całego świata. Policjanci prowadzą, śmiejących się serdecznie i dowcipkujących (łącznie z lekko rannym Arabem), nadal przebranych za terrorystów bohaterów. Z tłumu dziennikarzy padają pytania w stylu: „Co teraz zrobisz?” na co po polsku bohater odpowiada: „Idę się najebać”, ewentualnie: „nie wiedziałem, że praca na czarno to taka poważna sprawa”, drugi coś w stylu: „chyba nie za to cię ziomuś zawinęli” (teraz wpadł mi do głowy napis na pasku BBC „On jeszcze nie wie”, ale to trochę zbyt absurdalne), dzięki czemu przez godzinę Polska jest najbardziej poinformowanym krajem świata a w BBC przez godzinę figuruje jako „bezczelny zwyrodnialec” (nie jest to takie niemożliwe, pewien socjolog po śmierci znanego muzyka dopisał do artykułu o tym, że muzyk przed śmiercią coś powiedział i swój cytat widział we wszystkich gazetach i serwisach informacyjnych świata, inny, znowu politolog, mój „sąsiad” dostał kontrakt w TVP na 39 000 zł po tym jak podszył się w mailu pod kancelarie prezydenta i zaanonsował samego siebie jako redaktora nowego programu w TVP, pracownikom telewizji, nie przeszkadzało to, że spóźniał się na spotkania, kazał się odwozić do domu, jak sam mówił, zastanawiał się na ile jeszcze sobie pozwolą, kontrakt został podpisany lecz na skutek tego, że sprawa się wydała nie dostał pieniędzy). Jeszcze jest wersja, że bohater odwraca się do stojącej z tyłu i krzyczącej do niego dziennikarki, (pytającej „co zrobisz dzisiejszej nocy?”) i krzyczy z radością i ulgą: „I will be fucking drunk today!!!” Czym wywołuje dezorientacje u dziennikarzy (no terrorysta raczej nie pójdzie się upić) i śmiech kolegów (ewentualnie ze złamanym nosem: „police is a worst gang on the world”, to zdjęcie też trafia na czołówki gazet). Zdjęcie trafia na czołówki wszystkich gazet z tytułem: „polish hero” itd. a bohater dostaje od króla medal i nagrodę finansową dzięki czemu wyprawa kończy się sukcesem. Jeszcze w wersji, że to terroryści skrajnie prawicowi na głupie pytanie dziennikarki bohater odpowiada po Polsku: „Tak, k… nienawidzę imigrantów”.

Na koniec wyjaśniam, że wojsko nie wchodzi bo są zakładnicy a to nie Rosja.

W końcu uświadamiam sobie, że czuje się być może dobrze ale na skutek jakby nie było fantazji i przydałoby się powrócić bliżej rzeczywistości i iść na rozmowę o pracę.

„To ja jestem bogiem, uświadom to sobie sobie”

Kiedy w końcu usiadłem w (na szczęście niezatłoczonym) tramwaju (z metra zrezygnowałem) mającym mnie zawieść do hostelu, poczułem ulgę, zacząłem myśleć o czym innym. Dokończyłem w spokoju kebab i słuchałem muzyki obserwując miasto. Na chwilę tylko wyciągnąłem słuchawkę z ucha gdy odezwało się radio konduktora (siedziałem na samym przedzie), ale sądząc po jego reakcji był to jakiś standardowy komunikat. Na chwilę przed oddalonym kilka kilometrów od centrum – Storo, gdzie czekała mnie przesiadka, odwróciłem się tylko patrząc czy ktoś się podejrzanie nie zachowuje. Patrzyłem na mimikę, na twarzy psychopaty smutku się nie zobaczy, chyba, że do tego jest aktorem, ale po co miałby grać smutnego, spokojnego lub poważnego w takim momencie?

„O rany rany, jestem niepokonany”

Przestałem się już bać, w pewnym sensie stałem się zimny jak lód. Wysiadłem na przystanku Storo gdzie spaliłem kolejnego papierosa. Przypomina mi się jak mając czternaście lat wychodziłem do walki o medal mistrzostw Polski w judo, w moim życiu było kilka momentów gdy nie myślałem już o niczym bo to i tak na nic się nie przyda a sytuacja mnie przerasta na tyle, że myślenie o niej mogłoby zdecydowanie pogorszyć sytuację doprowadzając mnie do wariacji ewentualnie stresując na tyle, że nie byłbym w stanie wykonać ruchu czy rozwiązać jakiegokolwiek zadania (Cejrowski określił ten stan jako przekroczenie granicy strachu gdy dwóch indian zostawiło go samego w dżungli, paradoksalne jest to, że poczucie strachu nie jest zależne od rzeczywistego zagrożenia, na przykład piłkarze wychodzący na finał mistrzostw świata mają lęk porównywalny do śmiertelnego, poza tym każdy ma tą granicę gdzie indziej. Dla takiego człowieka jak on być może nie było strasznym problemem tam przeżyć ale gorzej z tym jak się wydostać, więc „przekroczył granicę strachu” i zaczął robić zdjęcia ptaszkom, aż go nie upolował (zatrutą strzałką, która trafiła w pasek aparatu, który wchłonął część trucizny dzięki czemu przeżył) nie znający cywilizacji indianin, który wraz ze swoim plemieniem go potem wykurował, nawiasem mówiąc dostanie się do wioski indian nieznających cywilizacji było celem jego wyprawy, który udaje się osiągnąć niezwykle rzadko i bardzo niewielkiej liczbie ludzi (dostał za to wiele nagród i zaszczytów jeśli to kogoś zainteresuje). Cały byłem czystym kortyzolem, już wiem co czuł „gliniarz z dżungli”, już wiem dlaczego powstańcy warszawscy uśmiechali się do zdjęć (poza tym, że chodź na chwilę odzyskali wolność i spokój po latach terroru i nieustannego zagrożenia). Gdy podjechał tramwaj uważnie przyglądałem się każdemu z wsiadających, jednak tym razem nie wypatrywałem kanarów (którzy często chodzą w mundurach Securitas ale za to nie zawsze sprawdzają). Byłem ciekawy co bym zrobił gdyby teraz się ktoś pojawił z bronią…

Jadąc do siebie myślałem trochę, czy czasem terroryści nie przeprowadzą ataku na jakiś hostel (których w Oslo jest tylko kilka) i nie wezmą na przykład zakładników, którym był bym na przykład ja (przecież zwykle terroryści w Europie atakowali więcej niż raz), ale stwierdziłem, że to bardzo mało prawdopodobne. Ogólnie jadąc czy idąc przez Oslo, myślałem, że o ile atmosfera zaraz po zamachu przypominała tą w Polsce 10 kwietnia to po tym jak okazało się na drugi dzień, że było aż tyle ofiar, pomyślałem że tak mogła wyglądać Warszawa w 1939r. Napięcie, ale spokój, niepewność ale duma, smutek ale radość życia, odwaga pomimo tego, że zwycięstwo mało prawdopodobne (w sensie jednostkowym). Zastanawiam się na ile moje obserwacje nie są projekcjami. Projekcje skutkują na przykład tym, że czytam artykuł, z którego można dowiedzieć się, że ulice Oslo są wyludnione, niektóre rejony Oslo (szczególnie osiedla willowe) są zawsze wyludnione, szczególnie jak pada deszcz i jest weekend, do tego jakby nie patrzeć wakacyjny (przeniesienia na przykład tym co wydarzyło się na wyspie chociaż prawie każdy używa tego mechanizmu obronnego).

Wracając słuchałem w kółko piosenki „psychodela” zespołu Kaliber44 (zacząłem go słuchać tydzień temu), szczególnie spodobały mi się wersy:

„…też jestem szalony, całuję dłoń mej pani, całuję dłoń mej żony

psychodela, tak brzmi jej imię, tylko ona mnie podnieca, tylko dla niej żyję.”

oraz na końcu zwrotki:

„pękną łańcuchy, zdobędziemy to wszystko,

co od dawna w mózgach mamy urojone.

Psychodelicznym stylem, rozbijemy wasze zbroje…”

 

 

„Powiem ci, że to fakt…

Powiesz mi, że to obciach…

Pier… cię, i tak rozejdziesz się po łokciach!”

Wracam do pokoju, za hostel muszę już płacić z karty, ale wbijam już w to, na dniach ma być odpowiedź z dużego i średniego wydawnictwa (co oznacza promocję) w sprawie moich książek, z jednego małego już jest zgoda na wydanie. W pokoju przeglądam wiadomości i czytam artykuły, o drugiej w nocy słyszę kroki na korytarzu i chociaż wiem, że w hostelu to normalne to czuję pobudzenie i strach. Dodatkowo, brzmi to jakby ktoś nie wiedział gdzie ma iść, raz w jedną, potem chwila ciszy i drugą. Po pół minuty (co było oczywiste dla mnie w tym momencie) puka do moich drzwi. Wiem, że nic się nie dzieje pomimo tego ciśnienie mi się podnosi. Okazuje się, że to recepcjonista, który się zainteresował tym, że moje drzwi są uchylone a w środku świeci się światło. Potem spotkałem go jeszcze gdy paliłem papierosa przed wejściem i opowiedziałem historię z dnia bieżącego. Zdziwiło mnie, że nie zrobiło to na nim większego wrażenia, przynajmniej nic nie było widać, zapytał tylko: „czy w końcu nic się nie stało?”. Odpowiedziałem mu, że najprawdopodobniej nie bo sprawdziłem w Internecie zaraz po przyjściu (będąc w Oslo na polskim portalu oraz BBC). Powiedział tylko, że „to dobrze”, „już wystarczy tego”, po czym dodał, że akurat jego rodzice przyjechali i zaczął się śmiać mając na myśli chyba niezbyt fortunny termin jaki wybrali.

A na przyszłość, proponuję poczytać sobie następcom Breivika o innej grupie lewicowych radykałów, która w latach 70-tych prowokowała (z tego co pamiętam holenderską) policję po czym dawała się im bić na oczach kamer, wzbudzając tym samym w widzach złość na instytucje państwowe. Z tego co twierdził autor artykułu, odnosiła ona największe sukcesy.

Dzisiaj przechodząc koło recepcji zobaczyłem, że w norweskiej telewizji (BBC przestała dzień wcześniej mówić o zamachu non-stop) mówią coś o Polsce. Pytam recepcjonistki: „Co się stało w Polsce?”, ona mi odpowiada, że w Polsce aresztowano wspólnika zamachowca, z dumą w głosie odpowiadam: „good, that in Poland”, jednak zaraz potem włączam Internet, w którym dowiaduje się, że aresztowany to Polak. „Nacjonalista z jednego kraju współpracuje z nacjonalistą z drugiego kraju, typowe dla tego ruchu” –  myślę sobie, jednak po otwarciu artykułu dowiaduje się, że Polak uczestniczył w tym wydarzeniu w inny sposób. „K…, oczywiście” było pierwszą myślą jaka mnie naszła, jednak zaraz potem uświadomiłem sobie, że jeżeli mój rodak już tak bardzo chciał się wpisać w stereotypy o Polakach (jako o kombinatorach i cwaniaczkach niekoniecznie działających dla dobra ogólnego, czasem wyrządzając przez to duże szkody przy okazji zarobku, jak na przykład „złomiarze” kradnący tory) to mógł pójść o krok dalej i sprzedać Breivikowi lewy nawóz.

Do Polaków w Oslo (tych co lubią komentować), nie czytajcie tego. Bo jak znowu zobaczę komentarze w stylu: „przecież wiem debilu, że w seven eleven są droższe papierosy, po co takie artykuły ktoś publikuje?”, albo „ja mieszkam dziesięć lat w Oslo a ten się wymądrza” (co z tego, że nie wyszłaś od tego czasu z domu), to będę musiał znowu iść po papierosy, chociaż nawiasem mówiąc bardziej zdenerwowało mnie całodzienne czytanie debili na Salon24 i stresował brak bezpieczeństwa finansowego, pomimo tego, że zdarzył się w Norwegii po raz dwudziesty lekko licząc (odpowiedzi w sprawie pracy jeszcze nie ma, podałem cenę, a jak powiedział miesiąc temu starszy pan, u którego pracowałem, gdy powiedziałem, że mam super zlecenie: „w Norwegii nic nie jest na pewno”. Pokiwałem wtedy głową, że wiem coś na ten temat, chociażby to, że to on rok wcześniej, na skutek zgubienia portfela i dodatkowo sugerowania mi, że to ja go mam (portfel z własną wypłatą i kartą kredytową zgubiony dwie godziny przed końcem pracy) zapłacił mi pieniądze dzień później, akurat tyle co kara, której mało co nie dostałem, do tego zafundował mi romantyczną wrześniową noc w śpiworze obok hostelu (chociaż trzeba dodać, że z wielkim trudem ale nie mając dowodów zaproponował mi spanie w kawalerce w piwnicy, którą miał przeznaczoną dla rodziny), w którym już miałem kreskę, a, do którego dwa dni później przyszło w nocy czterech Romów i nie niepokojeni przez recepcjonistę (który mnie sprawdzał tak długo, że wziąłem z lady klucz i oddalając się powiedziałem, że ma mnie w komputerze, on odparł, że nie ma, na co ja zwróciłem mu chyba nie bez racji uwagę iż to nie jest mój problem, bo było już późno a ja rano miałem wstać do pracy) dostali klucz do pokoju żeńskiego, z którego zabrali dwa telefony (nie podejrzewam tu złych chęci tylko głupotę czy strach, dodatkowo rok później widziałem go ze trzy razy na linii 23, którą on jechał do a ja z pracy). Zostali zatrzymani wprawdzie przez dwóch Szwedów i Portugalczyka (który tę samą noc co ja, chyba na skutek braku miejsc również spędzał obok hostelu, po tym jak geniusz recepcjonista nie pozwolił przespać za pieniądze jednej nocy w świetlicy, w której do tego dnia regularnie nocowało kilka osób) a ja nie wiedziałem czy to gorzej czy lepiej bo miałem ze sobą wszystkie bagaże, laptop i dokumenty w śpiworze) ale odpuścili, bo podobno tamci byli naprawdę duzi. Zaalarmowana policja stwierdziła, że ma poważniejsze problemy, była sobotnia czy piątkowa noc ale w centrum miasta z tego co pamiętam było spokojnie, jak to w Norwegii.

P.S. Sytuacja w barze z kebabem stawała mi przed oczami kilkakrotnie w czasie pisania tego tekstu jednak wbrew pozorom było to wspomnienie miłe i niezwykłe, jak dla niektórych może być skok na bunji.

„Ty też jesteś bogiem, tylko wyobraź to sobie”

Niestety dla ciebie i dla nas wszystkich jeśli sobie to uświadomisz będziesz już w więzieniu. A czas jak widzisz czasem wolno mija.

Opisywanie wydarzenia są czystym zbiorem faktów (jeśli chodzi o interpretacje i opinie to faktycznie miałem takie interpretacje, opinie czy refleksje teraz lub w czasie wydarzeń, które opisuję) i miały miejsce około godziny 20:00, 25.07.11r. Niedługo potem dowiedziałem się, że w tym czasie miał miejsce przemarsz mieszkańców. Wspominałem wcześniej, że sytuacja w Oslo przypominała mi tą jaką widziałem na filmach czy zdjęciach (autentycznych lub dobrych) przedstawiających Polaków w 1939r czy na wojnie. Różnica jest taka, że teraz to antyfaszyści mają przewagę. Wczoraj w mieście było 150 000 antyfaszystów na kilku (szacując) faszystów. To już wiemy czemu ci drudzy nie przyszli. Nie zmieniłem nic w tekście po otrzymaniu tej informacji. Jak to w takich sytuacjach, nic tak naprawdę nie wiadomo (na tym chyba polega terroryzm). Strach w oczach jaki widziałem na ulicach, u niektórych (niewielu) ludzi przypominał mi zdjęcia mieszkańców Ciudad Juarez jakie widziałem na jednym z portali społecznościowych, jak z horroru, z tym, że tam takie masakry zdarzają się  regularnie i nie chodzi tu o walki gangsterów (bo te codziennie), jeden przykład: na imprezie, po ostrzale członków kartelu ginie chyba 20 nastolatków, nie wiadomo za co, nie wiadomo czemu, może się pomylili, albo ktoś zahaczył barkiem ich kolegę idąc na tą imprezę…

Na koniec jeszcze jeden cytat, ostatni, dla tych co myślą, że trzeba

„kręcić tyłkiem” żeby zrobić karierę (w niektórych branżach

trzeba).

„If a black man is racist, is it okay

If it’s the white man’s racism that made him that way

Because the bully’s the victim they say

By some sense they’re all the same

[but sometimes stay on opposite sites (sociologist note), on wich side you will stay (my note)?]

Because the line between

Wrong and right

Is the width of a thread

From a spider’s web

The piano keys are black and white

But they sound like a million colours in your mind

Czytaj również
  • werka

    Kolego, straszny myslowy galimatias! Na moje rozeznanie radze uporzadkowac ten slowotok, bo kompletnie nie wiadomo, o co ci chodzi.