O wolnym rynku słów kilka

Drukuj

Normal
0

21

false
false
false

PL
X-NONE
X-NONE

Nie cierpię ludzi, którzy naiwnie i dogmatycznie wierzą w konserwatywną ideologię wolnego rynku, który rzekomo miałby być idealny i pozbawiony wad. Niektórzy z publicystów z gorliwością amerykańskiego przedszkolaka (bo na takim poziomie są ich dogmaty), któremu właśnie wpojono, że wolny rynek i wszelkie nierówności są sprawiedliwe wygadują bzdury tak dramatycznie głupie, że aż dziw bierze, że ktoś mógł ich zatrudnić w takim na przykład Newsweeku. Jakiś czas temu pewien publicysta na przykład stwierdził, że dobrzy muzycy się na wolnym rynku odnajdą a kiepscy zbankrutują, i że jak ktoś narzeka to znaczy, że po prostu jest kiepski. Czyli płynie z tego wniosek, że im kto jest lepszym muzykiem tym więcej zarabia. W teorii ładnie i wręcz krzepiąco brzmi jednak z praktyką gorzej. Według owego publicysty Justin Bieber czy zespół Weekend są wielokrotnie lepszymi artystami niż wszyscy jazzmani razem wzięci o Mozarcie już nie wspominając. No bardzo kontrowersyjna teoria chociaż o gustach się nie dyskutuje a jakość artysty rzekomo weryfikuje rynek. Inny znowu stwierdził, że pani z warzywniaka nie ma prawa narzekać, że zarabia tysiąc razy mniej niż Radwańska bo owej pani z rakietą biegać się nie chciało, czyli, że jest leniwa a wolny rynek oczywiście nagradza pracowitość. Sądzę, że Radwańskiej jeszcze bardziej by się nie chciało siedzieć w warzywniaku po dwanaście godzin dziennie. Już o tym co mają powiedzieć chińskie dzieci, które od małego spędzają w fabrykach kilkanaście godzin a jakoś ich pracowitość nie została nagrodzona nie wspomnę.

            Powiedzmy sobie jasno, co jest dla mnie oczywiste. Wolny rynek nie jest sprawiedliwy chociażby z tej przyczyny, że jest ślepy. Bez żadnej ingerencji państwa, nad uczciwość przekłada niewykryte oszustwo, nad konkurencję – kartele i zmowy cenowe a czasem monopolizację, równie często promuje innowacje jak ukręcanie tym innowacjom łba w imię zachowania korzystnego dla firm status quo.

            Gdyby kapitalizm rzeczywiście weryfikował jakość to znaczyłoby to, że magazyn, w którym piszę – „Liberte!” jest magazynem wielokrotnie gorszym niż „Fakt” a moim zdaniem jest dokładnie na odwrót. Też uważam, że zdrowy, wolny rynek jest najlepszym systemem jaki dotychczas miał miejsce na naszej planecie (co nie znaczy, że w przyszłości nie może być lepszego), jednak pewne sprawy należy jasno powiedzieć, co starałem się uczynić w poprzednim akapicie a nie dziecinnie twierdzić, że ludzie są biedni bo leniwi a bogaci bo pracowici co jest bardzo wygodne, dla tych drugich jednak dla w miarę otwartego umysłu trudne do utrzymania.

            Oczywiście nie jest moim marzeniem korzystanie z pomocy społecznej jednak chcę aby w moim kraju nie było biedy i głodu a tego inaczej niż głównie przez podatki zmienić się nie da. Jasne, że jest to doraźne działanie jednak czasem niezbędne. W końcu zanim ktoś zacznie szukać pracy to musi się najeść i gdzieś spać, nawet jak nie chce szukać pracy to nie chciałbym żeby umarł z głodu. Ja mu i tak jakoś nie zazdroszczę nawet jak jedzenie będzie miał za darmo (powiedzmy z moich podatków). Niektórzy z prymitywnych wyznawców religii kapitalizmu uważają wręcz biedaków korzystających z mizernej przecież pomocy społecznej za grupę uprzywilejowaną a siebie za dyskryminowaną bo muszą tych pierwszych utrzymywać. Dyskryminacja i uprzywilejowanie mają to do siebie, że pierwszy stan jest zwykle otwarty a drugi zamknięty a w tym wypadku jest na odwrót, więc gdyby biznesmeni rzeczywiście byli dyskryminowani to z chęcią poszliby na zasiłek a ci na zasiłku nie chcieliby być dyskryminowani czyli bogaci, nie chcieli by mieć na przykład własnych firm gdzie w dużej mierze w zależności od sektora zarabia się na pracy innych o czym przedsiębiorcy często zapominają mówiąc, że to oni są dobroczyńcami dając pracę a przecież dają pracę tylko po to żeby czerpać z niej korzyści. Nie mówię, że to zawsze niesprawiedliwość i wyzysk jednak nie przeinaczajmy faktów. Tak więc w skrócie jeśli bogaci zazdroszczą tym na utrzymaniu państwa to zawsze mogą się zamienić, ci drudzy nie za bardzo. Ludzie ci często mówią, że państwo nagradza tych co nie pracują zasiłkami a karze tych co pracują podatkami. To oczywiste przekłamanie bo państwo nie nagradza bezrobotnych tylko im pomaga, czy według na przykład takich Korwinistów powinno dawać zasiłki bogatym? Moim zdaniem należy pomagać tym co tej pomocy potrzebują a nie tym co nie. Tutaj widać prześwity faszystowskiego wręcz kultu siły, który każe niszczyć „słabszych” (gdzie siła mierzona jest pieniędzmi) bo zagrażają jakości puli genetycznej danego gatunku. Ale o podobnych, skądinąd wpływowych kiedyś w naukach społecznych bzdurach nie dyskutujmy. Nie jestem z tych co krzyczą „śmierć burżujom” więc uważam, że przedsiębiorca ma również pełne prawo liczyć na przykład na ułatwienia w prowadzeniu biznesu czy preferencyjne kredyty lub dotacje a przede wszystkim na normalne traktowanie w urzędach bo to jest z tego co czytam największym problemem dzisiaj.

Ciężko mi się też słucha argumentów, że ktoś zarabia 1200 zł bo się nie uczył, lub jest za mało pracowity. Przecież liczba dobrych stanowisk jest ograniczona i przy niskim bezrobociu strukturalnym, niezależna od wykształcenia szukających zatrudnienia. Gdyby nagle wszyscy się dokształcili to ilość stanowisk by się raczej nie zwiększyła (nie licząc własnej działalności, na rozpoczęcie, której stać nie każdego). Poza tym przecież dalej potrzebni byliby ludzie do przysłowiowego zamiatania ulic i tą pracę nadal jakaś część z nas by wykonywała, oni też mają prawo do życia, a za 1200 zł miesięcznie przeżycie jak wiadomo jest  trudne. Wiem, że ten problem rozwiązać nie jest łatwo ale może zacznijmy od uczciwego przyznania, że nikt kto pracuje osiem godzin dziennie nie powinien zarabiać 1200 zł. Tak na dobry początek bo dla wielu wcale oczywiste to nie jest, twierdzą na przykład, że to pobudza ludzi do przedsiębiorczości tylko pytanie gdzie jest cel a gdzie środek do tego celu. Chociaż być może chodzi o zwykłą racjonalizację chęci zysku, który jest większy gdy się ludziom mniej płaci.

Czytaj również
  • Tomasz Kłosiński

    Dyskomfort nie jest niesprawiedliwością. Sprawiedliwe ex definitione są jedynie działania – dystrybucja dochodu nie może być niesprawiedliwa. Definicja sprawiedliwości zakłada istnienie dwóch kategorii: czyny dopuszczalne i czyny niedopuszczalne. Wymierzanie sprawiedliwości polega na karaniu czynów niedopuszczalnych, a nie na zrównywaniu dochodów, czy na eliminacji szczęścia i przypadku z ludzkiego losu za pomocą państwowej redystrybucji.

    Poza tym, doświadczenie dowodzi, że na dłuższą metę wolny rynek lepiej eliminuje biedę niż redystrybucja. Dzieję się tak, gdyż na wolnym rynku jest dynamiczny przyrost kapitału (firm) na jednostkę, a redystrybucja odwraca ten proces.

    Co do kultury wysokiej na wolnym rynku to polecam biografię Keynesa, który był bardzo dobrym spekulantem i jednocześnie mecenasem sztuki, teatru i baletu. Podobnie zresztą jak Soros, który również wykłada niepojęte pieniądze na wspieranie działań społeczeństwa obywatelskiego (czyli wypełnia rolę państwowej redystrybucji).

    Mówiąc krótko: nie wspieramy wolnego rynku dlatego, że jest super fajny i wygodny – wspieramy go dlatego, że jest metodą koordynacji, która pozwala nam żyć ciesząc się coraz większym dobrobytem.

    • Piotr Sokołowski

      Nie pisałem nic o sprawiedliwości w znaczeniu wymiaru sprawiedliwości tylko w znaczeniu nagród finansowych za daną pracę.
      Co do kultury wysokiej jak widać od zawsze potrzebowała czyjejś pomocy, Keynes nie zachowywał się zgodnie z ideą homo economicus, który kalkuluje tylko jak tu więcej zyskać, czyli nie było to zachowanie charakterystyczne dla kapitalistycznych dogmatyków, którzy twierdzą, że niewidzialna ręka rynku jest odpowiedzią na każdą bolączkę lecz była to jak najbardziej widzialna ręka człowieka, który nie kierując się własnym zyskiem wspierał sztukę, która pomimo tego, że wartościowa na wolnym rynku by sobie nie poradziła.

      • Tomasz Kłosiński

        Sprawiedliwość ma jedne znaczenie. To, że równość dochodów utożsamia się dzisiaj ze sprawiedliwością to aberracja lingwistyczna – i logiczna zresztą też.

        Wartość (co wiemy od czasów marginalistycznej rewolucji) nie wynika z pracy, tylko z subiektywnych preferencji. Ja mogę ciężko pracować – np. kopać cały dzień i zasypywać doły – i nie będzie to dla nikogo wartością, nikt mi za to nie zapłaci. I vice versa – mogę się wygłupiać publicznie i dla wielu osób może to być wartością (są skłonni za to zapłacić, cenią to). Rozdział dochodu wynika z indywidualnych preferencji członków społeczeństwa. To nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością.

        Kultura wysoka nie zawsze potrzebuje czyjejś pomocy. W Warszawie jest prywatny teatr do którego dość często chodzę i płacę za oglądanie sztuk swoimi własnymi ciężko zarobionymi pieniędzmi. Kultura wysoka odnajdzie się na rynku, jeśli będzie na nią popyt (innymi słowy jeśli ja, Pan i inni ludzie z dobrym gustem będą za nią skłonni płacić). Im lepiej wykształcone – albo jeszcze inaczej – im lepiej wychowane, im lepszy jego gust – społeczeństwo, tym większy popyt na kulturę.

        Dodatkowo poza popytem na kulturę część ludzi jest gotów ją finansować poza rynkiem – w ramach wsparcia dobrowolnego. Im bogatsi będą ludzie dobrej woli (z dobrym gustem), tym więcej takiego wsparcia będzie.

        Keynes zachowywał się zgodnie z ideą homo economicus, bo wsparcie sztuki maksymalizowało jego satysfakcję. A tym właśnie zajmuje się homo economicus – maksymalizuje swoje szczęście.

        Po pierwsze tzw. „kapitalistyczni dogmatycy” (do których zaliczam sam siebie), nie twierdzą, że niewidzialna ręka rynku jest odpowiedzią na wszystko – tylko, że jest lepsza od widzialnej ręki rządu. To po pierwsze, a po drugie zawsze powtarzam, że na społeczeństwo obywatelskie składają się dwa rodzaje działań (oba dobrowolne – tym się różni społeczeństwo od rządu): rynek, czyli dobrowolna wymiana handlowa; oraz trzeci sektor, czyli dobrowolne wsparcie. Kapitalistyczni dogmatycy uważają, że pierwsze i drugie są związane i zależne od siebie (nie da się wspierać kogoś, jeśli najpierw nie zarobisz środków na wolnym rynku – i vice versa, wolny rynek nie pociągnie na dłuższą metę, jeśli ludzie nie będą się dobrowolnie wspierać). Mówiąc krótko: społeczeństwo obywatelskie jest lepsze od redystrybucji rządowej – i kultura wysoka nie jest wyjątkiem.

        Nie rozumiem skąd założenie, że tak mało ludzi jest skłonnych płacić (i wspierać dobrowolnie) za sztukę, że ta miałaby sobie na wolnym rynku nie poradzić? Wręcz przeciwnie – na wolnym rynku bylibyśmy znacznie bogatsi, więc zamiast brać kredyt hipoteczny na 40 lat, moglibyśmy wziąć na 10, a za resztę wspierać teatry. Gdybym był bogatszy z całą pewnością chodziłbym częściej do mojego ulubionego prywatnego warszawskiego teatru.

    • Piotr Sokołowski

      Czyli widzę w polityce gospodarczej chce Pan całkowicie abstrahować od pojęcia sprawiedliwości, twierdząc, że dystrybucja dochodów nie może być niesprawiedliwa, Otóż może tylko bardzo ciężko określić czy bardziej wycenić odgórnie każdą pracę a po drugie naprawa tego stanu rzeczy mogłaby przynieść więcej szkody niż pożytku.

      • Tomasz Kłosiński

        To nie jest kwestia opinii, to jest kwestia słownikowej definicji.

        Ja abstrahuję, od nowych znaczeń słowa „sprawiedliwość”, które próbują ją utożsamić z równością dochodów – a co na gruncie logiki nie da się pogodzić ze sprawiedliwością.

        Rozumiem, że jeśli powiedzmy dostałbym 100 zł od Pana za naprawienie Panu pralki to jest sprawiedliwe, a jeśli jakimś cudem naprawiłbym dzisiaj milion pralek – to by było niesprawiedliwe, bo zarobiłbym więcej niż nasze zawistne społeczeństwo jest w stanie zdzierżyć? „Sprawiedliwość społeczna” to poronione pojęcie.

    • Piotr

      Odnoszę wrażenie, że posługuję się Pan bardzo zawężoną, lub nawet zniekształconą definicją sprawiedliwości. Nie jestem etykiem, ba, nie posiadam nawet wykształcenia tzw. „humanistycznego”, więc niech wolno będzie mi posłużyć sie definicją z wikipedii (mam nadzieję, że cytaty z wikipedii nie zdyskwalifikują mnie całkowicie z tej dyskusji):
      ” Jedno z podstawowych pojęć etycznych i prawnych, oznaczające cechę przypisywaną jednostkom (osoba sprawiedliwa), działaniom (sprawiedliwe postępowanie) czy instytucjom społecznym (sprawiedliwe prawa, sprawiedliwy ustrój, sprawiedliwy wyrok), wiązaną najczęściej z odpowiednim rozdziałem dóbr lub bezstronnością.”
      Czyli nie jest to zatem jedynie kategoria kary za czyny „niedopuszczalne” ale ogólniejsze poczucie „sprawiedliwości” jakiejś sytuacji. Również za wikipedią podaję definicję nazwaną tam klasyczną: „Klasyczna definicja sprawiedliwości pochodzi od rzymskiego prawnika Ulpiana, według którego sprawiedliwość jest stałą i niezmienną wolą przyznania każdemu należnego mu prawa (Iustitia est constans et perpetua voluntas ius suum cuique tribuere).” Może warto, oprócz prawa do życia lub prawa do wolności myśli, przydzielić ludziom prawo ekonomiczne, np. prawo do nieodczuwania glodu lub prawo do zdobywania edukacji (prawdopodobnie już to zadeklarowano w którychś z wielu międzynarodowych dokumentów). Jeśli przyjąć definicję klasyczną (lub raczej moje jej rozumienie) to nie mógłby być sprawiedliwy system, stan, sytuacja, których tych praw by nie egzekwował, i również działania, które by przeciw tym prawom występowały.
      Nie chciałbym tutaj dalej rozwijać tych wywodów, które prawdobodobnie już teraz przykleiły mi latkę „chłopskiego filozofa”. Chciałem tylko pokazać, że Pańska definicja sprawiedliwości nie jest jedyną możliwą interpretacją tego pojęcia i moje odczucia (podzielane chyba przez większość społeczeństwa) odbiegają znacznie od przedstawionej przez Pana koncepcji.
      A czy można wiedzieć skąd się Pana definicja wzięła? Wyłania sie ona w jakiś sposób z myśli filozoficznej przeszłych pokoleń, czy po prostu ukuta została w ciągu ostatnich 20-30 lat dla potrzeb neoliberalnych publicystów broniących się przed zarzutem „niesprawiedliwości”?
      Tak czy inaczej, do mnie ona nie przemawia.

      • Piotr Sokołowski

        Na pewno nie wychodzi Pan na „chłopskiego filozofa”. Czy tylko humaniści mają prawo mieć jakieś opinie. Ja tam uważam, że każdy ma wręcz taki obywatelski obowiązek.

        • Tomasz Kłosiński

          sprawiedliwość
          1. «uczciwe, prawe postępowanie»
          2. «organa sądowe, sądownictwo, sąd, sądzeni

          http://sjp.pwn.pl/szukaj/sprawiedliwo%C5%9B%C4%87

          Widzi Pan, sprawiedliwość to uczciwe, prawe działanie. Zatem na mocy definicji dystrybucja dochodu nie może być niesprawiedliwa, bo ten przymiotnik lingwistycznie do tego rzeczownika nie pasuje.

          A po drugie, nawet jeśli język dopuszczałby taki konstrukt, jak „dystrybucja sprawiedliwa” to oznaczałoby to zgodnie z definicją „dystrybucja uczciwego i prawego postępowania”. Oznacza to, że jeśli wszyscy w społeczeństwie postępują uczciwie (nie kradną, nie używają przemocy, nie zastraszają, nie oszukują, nie kłamią, etc), a wynikiem tego jest nierównomierna dystrybucja dochodu, to jest to „stan sprawiedliwy”. Lewica próbuje nam wmówić, że jak ktoś jest bogaty, a ktoś inny biedny, to jest to niesprawiedliwość, nawet jeśli bogaty dorobił się postępując uczciwie. Jest to aberracja językowa, logiczna i moralna. I my, liberałowie, musimy z tą dewiacją walczyć.

          Pana wykształcenie nie ma nic do rzeczy. Ja też nie jestem humanistą. Czytam La Boetie, Locke’a, Hume’a, Smitha, Ricardo, J.S. Milla, Saya, Bastiata, Spencera, de Tocquevilla, Actona, Monteskiusza, Jeffersona, Paine’a, Constanta, von Humboldta, de Stael, Mengera, Ortege y Gasseta, Ropkego, Hayka, Berlina, Misesa, Arona, Nozicka, Buchanana, Friedmana, Rand, Dahrendorfa i Rothbarda dla hobby i nie czuję się zobligowany posiadać formalnego wykształcenia z ekonomii czy filozofii politycznej, żeby bronić liberalizmu i zgodnej z nim definicji sprawiedliwości.

  • Tomasz Kłosiński

    „(…) chińskie dzieci, które od małego spędzają w fabrykach kilkanaście godzin a jakoś ich pracowitość nie została nagrodzona nie wspomnę.”

    Żebyśmy mieli jasność, przed nastaniem względnie kapitalistycznej gospodarki w Chinach te dzieci nie pracowały w fabrykach – pracowały w polu (w dużo cięższych warunkach i za mniejsze „wynagrodzenie”), żarły korę z drzew czy zwyczajnie zdychały w potwornych warunkach z głodu. Oczywiście lepiej by było, gdyby wszystkie dzieci miały takie warunki, jak dzieci szwedzkie, ale problem w tym, że potrzebny do tego jest szwedzki PKB na całym świecie.

    • Piotr Sokołowski

      Nie mówię, że chiński komunizm jest lepszy od chińskiego kapitalizmu tylko podałem ten przykład aby obalić bzdurną tezę, że pracowici zarabiają więcej od leniwych, że wynagrodzenie zależy od pracowitości.

      • Tomasz Kłosiński

        Ja nie mówię o chińskim komunizmie, ja mówię o tym, że to, że tym ludziom się tak źle powodzi nie wynika z modelu państwa, tylko z tego, że jest za mało firm per capita (za mało kapitału). Niech Pan spróbuje zbudować „model szwedzki” w dżungli albo na pustyni – powodzenia. Żeby wydać pieniądze, najpierw trzeba je jakość zarobić. A pieniądze zarabiamy dzięki kapitałowi. Im więcej go mamy, tym więcej jesteśmy w stanie zatrudnić ludzi do pracy przy nim – i tym bardziej różni posiadacze kapitału będą konkurować o pracowników, co będzie windowało ich płace w górę.

        A to, że pracowici zarabiają więcej od leniwych to fakt empiryczny. To, że inne czynniki również determinują zarobki, nie zmienia tego faktu. Ludzie zarabiają przede wszystkim tyle, ile inni są gotowi im zapłacić. Rozumiem, że jak Pan by miał firmę to nie byłoby dla Pana różnicy czy Pana pracownik jest leniwy czy pracowity – i oczywiście wszystkimi dawałby Pan równą płacę – czy się starają, czy nie.

  • Tomasz Kłosiński

    „Bez żadnej ingerencji państwa, nad uczciwość przekłada niewykryte oszustwo, nad konkurencję – kartele i zmowy cenowe a czasem monopolizację, równie często promuje innowacje jak ukręcanie tym innowacjom łba w imię zachowania korzystnego dla firm status quo.”

    Rozumiem, że państwo nie podlega ludzkiemu zepsuciu – oczywiście politycy i biurokraci to roboty zaprogramowane na wypełnianie dobra publicznego i nie mają swoich interesów. Skoro rynek jest tak skrajnie nieefektywny i szkodliwy – to skąd się wzięła rewolucja przemysłowa? Skąd taki kosmiczny wzrost dobrobytu przez te ostatnie 200 lat?

    „Gdyby kapitalizm rzeczywiście weryfikował jakość to znaczyłoby to, że magazyn, w którym piszę – „Liberte!” jest magazynem wielokrotnie gorszym niż „Fakt” a moim zdaniem jest dokładnie na odwrót.”

    No tak, ale reszta społeczeństwa sądzi na odwrót – i co w związku z tym? Zmusi Pan ich do czytania Liberte? Zabierze Pan pieniądze Faktowi, żeby można było wydawać Liberte, którego nikt nie chce czytać (bo gdyby ktoś chciał – to znajdowałby się tam, gdzie Fakt)? Kapitalizm nie weryfikuje jakości (zresztą „jakość” to kwestia subiektywna – dla jednego Verdi jest do dupy, a inny kocha Chopina – i jak tu „obiektywnie” stwierdzić kto ma rację?), bo kapitalizm zapewnia te dobra społeczeństwo, na które społeczeństwo zgłasza popyt – innymi słowy kapitalizm dostarcza ludziom to, co oni chcą. Jak są głupi i chcą Faktu, to kapitalizm dostarcza im Fakt.

    „Też uważam, że zdrowy, wolny rynek jest najlepszym systemem jaki dotychczas miał miejsce na naszej planecie”

    Zdrowy – czyli „wolny” w granicach „rozsądku”.

    „Oczywiście nie jest moim marzeniem korzystanie z pomocy społecznej jednak chcę aby w moim kraju nie było biedy i głodu a tego inaczej niż głównie przez podatki zmienić się nie da.”
    Odważne stwierdzenie – podatki są głównym źródłem biedy, gdyż ograniczają wzrost kapitału – w konsekwencji ograniczają wzrost miejsc pracy i zarobków. Jak społeczeństwo nie byłoby moralnie rozpuszczone i materialnie zubożone – to dałoby się zaradzić temu problemowi środkami dobrowolnymi w ramach społeczeństwa obywatelskiego. Zresztą gdyby, państwo nie niszczyło koordynacji rynkowej i akumulacji kapitału to znacznie mniej osób by tej pomocy wymagało.

  • Tomasz Kłosiński

    „W końcu zanim ktoś zacznie szukać pracy to musi się najeść i gdzieś spać, nawet jak nie chce szukać pracy to nie chciałbym żeby umarł z głodu. Ja mu i tak jakoś nie zazdroszczę nawet jak jedzenie będzie miał za darmo (powiedzmy z moich podatków).”

    Są trzy argumenty przemawiające za niepaństwową pomocą doraźną: po pierwsze, redystrybucja dobrowolna w przeciwieństwie do państwowej nie hamuje akumulacji kapitału, po drugie nie stwarza perwersyjnych bodźców (kiedy bardziej się opłaca nie pracować niż pracować), po trzecie jest nieskończenie lepiej dopasowana do indywidualnych przypadków (czego państwowy urząd nie może zrobić, bo elastyczność prowadziłaby do korupcji – urząd musi być „sztywny”).

    „Niektórzy z prymitywnych wyznawców religii kapitalizmu uważają wręcz biedaków korzystających z mizernej przecież pomocy społecznej za grupę uprzywilejowaną a siebie za dyskryminowaną bo muszą tych pierwszych utrzymywać.”
    99% środków, którymi dysponuje państwo opiekuńcze nie jest przeznaczane na biednych, tylko przechodzi z rąk jednej części klasy średniej do rąk innej części klasy średniej. Po drodze milion urzędników „musi” te pieniądze przerzucić. A politycy „muszą” te systemy wymyślać i wprowadzać w życie.