Platforma z ludzką twarzą?

Drukuj

Mieliśmy już kapitalizm z ludzką twarzą, mieliśmy socjalizm, natomiast PO najwyraźniej chce połączyć oba te nurty. Przywódcy tej partii doskonale wiedzą, że przegrana w pierwszych wyborach z PiSem była wynikiem negatywnej kampanii tych drugich. Miała ona przedstawić członków PO jako dorobkiewiczów, którzy kierując się zasadami dzikiego kapitalizmu pomagają tylko swoim, natomiast wszystkich innych nazywają „niezaradnymi”. Donald Tusk najwyraźniej nie chce dopuścić do tego aby taką gębę przyprawiono mu drugi raz. Postanowił więc zwrócić się o pomoc do kogoś, kto jednoznacznie jest kojarzony z wrażliwością na los ludzi ubogich, czyli członka klubu SLD – Bartosza Arłukowicza, który dodatkowo może się dobrze kojarzyć ludziom młodym po tym jak poprzez pytanie do posła Derdziuka (o to czy ten jest bohaterem pewnej piosenki) przyznał się do słuchania „Kazika na żywo”.

http://www.flickr.com/photos/bartheq/264818735/sizes/m/

Transfer ten nie jest przypadkowy, ponieważ już od dłuższego czasu często można przeczytać o tym, że PO idzie w stronę socliberalizmu. Świadczyć o tym mają zachowania, które nie są charakterystyczne dla liberalnych gospodarczo partii a wręcz są tego liberalizmu zaprzeczeniem. Pomoc dla powodzian, dotacje na kulturę, upaństwowienie emerytur, w końcu zaproszenie lewicowca do współpracy i to do tak typowego dla lewicy sektora jakim jest walka z wykluczeniem społecznym. To wszystko sprawia, że słysząc PO nie myślimy już o bezwzględnych kapitalistach, którzy w pogardzie mają wszelkie słabości jak i ludzi nie dających sobie rady w czasach kryzysu. Teraz przychodzi nam na myśl partia w miarę liberalna obyczajowo oraz dbająca o politykę społeczną, powierzając ten dział przedstawicielowi lewicy.

Całe szczęście, że PO nie idzie w kierunku konserwatyzmu i to w tym amerykańskim wydaniu (coraz bliżej tej partii do amerykańskich liberałów, którzy są mniej więcej odpowiednikiem europejskiej lewicy). Wybór ten jak najbardziej da się uzasadnić możliwymi korzyściami z niego płynącymi. Skoro w Polsce konserwatyści są za państwem opiekuńczym, to tak za bardzo dla partii czysto liberalnej elektoratu nie ma (pamiętam jak w czasach gdy PO była zakładana, eksperci oceniali, że jest to partia na kilkanaście procent). Aby poszerzyć swój elektorat, PO musiała puścić oczko do liberałów obyczajowych (których w Polsce jest wielu i są aktywni politycznie) jak i zwolenników opiekuńczej funkcji państwa, nie drażniąc przy tym zbytnio zwolenników wolnego rynku, którzy są jej żelaznym elektoratem. Dodatkowo nie było sensu walczyć o głosy tradycjonalistów, bo na tym polu PiS ma dużą przewagę, więc zwrócono się do osób o poglądach „postępowych”, nie stosując przy tym jednak lewicowej retoryki (aby nie zniechęcić wyborców o prawicowych poglądach).

W ostatnich wyborach prezydenckich, Bronisław Komorowski też chciał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu na przykład poprzez odwoływanie się do tradycji, ale takie, które kojarzy się nam bardziej pozytywnie, nie uderzające w martyrologiczne i cierpiętnicze tony, za to przedstawiające przodków jako członków swojej rodziny, których miło się wspomina, a nie jako „wielkich Polaków”, których należy bezwzględnie słuchać. Przez co zaspokoił ciekawość tych, którzy oceniają człowieka po tym z jakiej rodziny pochodzi i uważają, że ze znamienitych rodów pochodzą znamienici ludzie, ale też nie zniechęcił bardziej nowoczesnych wyborców, dla których zbytnie trzymanie się tradycji i patrzenie wstecz jest dużą wadą.

Czytaj również