Refleksje niekatolika

Drukuj

Z okazji kanonizacji Jana Pawła II naszły mnie pewne refleksje, dotyczące katolicyzmu i katolików. Pierwszą jest niewątpliwa różnica pomiędzy uroczystymi mszami odprawianymi przez polskich biskupów a dzisiejszą mszą w Rzymie. U nas niestety nie jest tak, że gdy msza dotyczy jakiegoś ważnego wydarzenia to biskupi zapominają o swoich małych walkach, jest dokładnie na odwrót. Jeśli mamy do czynienia z pasterką, którą ogląda wielu wiernych to tym bardziej trzeba wspomnieć o tym jak źli są ludzie popierający konwencję o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet i jak wielki jest to zamach na rodzinę. Nie zaprzeczam, jednak uważam, że na rodzinę gdzie jest przemoc należy się zamachnąć, to wręcz nasz moralny obowiązek, no ale dla biskupa ważniejsze jest widocznie, że chodzą do kościoła. W mszach, czy kazaniach wygłaszanych w Watykanie nie ma tyle nienawiści, aktualnych rozgrywek quasi politycznych, a jeśli są to bardzo zakamuflowane, podawane w łagodnym tonie. Kościół nie ma szczęścia do PR-owców, ale w Watykanie najwyraźniej zrozumieli, że tylko takie podejście może zjednać kogokolwiek, bo klątw czy innych czarów ludzie już się niekoniecznie boją.

Dlatego atmosfera na Placu Świętego Piotra wydawała się miła i przyjemna, kompletnie inna niż podczas płomiennych wystąpień naszych biskupów mówiących o tym jak bardzo zły jest każdy kto się z nimi nie zgadza i jak bardzo cała reszta chce ich wymordować, ale nie może. Swoją drogą, dlaczego chociaż każdy z nas zna wielu katolików, to chyba nikt nie słyszał o osobie, która chciałaby być świętą. Każdy chce zostać lekarzem, prawnikiem, kosmonautą, chyba jeszcze częściej bogaczem, mieć rodzinę, być zdrowym, ale dlaczego prawie żaden katolik nie chce zostać świętym? To tak jakby dziennikarz mówił, że on jest dziennikarzem, ale jest taki skromny, że nie chce żeby jego teksty były gdziekolwiek publikowane. I już nie mówię tu o naśladowaniu Jezusa w życiu czy nadstawianiu drugiego policzka (chociaż ta zasada jak to cwanie ujął Tomasz Adamek, nie dotyczy bokserów), ale choćby o samym chciejstwie. To znaczy logiczne jest, że mało kto chce zostać świętym bo absurdalnie jest odmawiać sobie w życiu prawie wszystkiego, czy umierać za kogoś, kto najprawdopodobniej nie istnieje, także rozumiem takich ludzi, ale nie rozumiem, czemu oni wciąż mienią się katolikami. Wygląda to tak jakby coniedzielna msza czy jeszcze lepiej pielgrzymka, była takim okienkiem w życiu, podczas którego jesteśmy dobrzy, a potem wracamy do normalności narzekając na rzekomo grzeszną naturę człowieka.

5571e581b3995664b69de96f92da0dd5

Kolejnym objawieniem jakie mnie naszło jest to, że katolicy wcale nie mają jednego, wspólnego boga. Otóż prawie każdy z nich ma boga prywatnego. Bo niby z jakiej racji sportowiec modli się o wygraną nad przeciwnikiem? A jeśli przeciwnik też się modli, to czemu bóg miałby dać wygrać temu pierwszemu? Przecież obaj mają takie samo prawo wygrać. Swojego boga mają nawet kryminaliści meksykańscy, którego proszą na przykład o to, żeby kolejny „włam” się udał. To fajny bóg skoro skazuje jedną swoją owieczkę na utratę majątku bo druga go o to prosiła.

Kolejną sprawą jest kontrowersyjna uchwała sejmowa z okazji kanonizacji. Parlamentarzystom zarzucano próbę narzucenia społeczeństwu jednomyślności, jednak ja uważam, że są momenty w życiu narodu gdzie o taką jedność warto zabiegać, ale niekoniecznie musi być to związane z wydarzeniami kościelnymi. Dlatego, pomimo tego, że nie jest to dla mnie jakiś szczególny dzień, to nie potępiałbym owej uchwały, ale brakuje mi w niej zaznaczenia, że składamy hołd papieżowi, lecz jako postaci ważnej dla naszej historii, a nie dla religii.

Czytaj również