Wolność jest najważniejsza bo równi i tak jesteśmy

Drukuj

Nie chcę martwić niektórych osób, ale jak do tej pory nie wynaleziono uniwersalnego sposobu różnicowania ludzi na całościowo gorszych lub lepszych (im nowsze teorie socjologiczne tym lepiej można się o tym przekonać). Nie jest nawet tak, że są różne systemy wartości i w zależności od tego jaki ma nasza grupa, określamy swoje miejsce w świecie za tej grupy pośrednictwem (przynajmniej nie zawsze). Otóż w zindywidualizowanych czasach ponowoczesności, każdy z nas uczestniczy w bardzo różnych grupach, z tym, że w odróżnieniu od czasów wcześniejszych, grupy te mają coraz mniej totalny charakter (czyli interesują się jedynie częścią życia jednostki, co do reszty pozostawiają „wolną rękę”). Często też coraz szerszy jest zakres swobody w odgrywaniu roli społecznej (w obszarze, który tą grupę interesuje) wyznaczonej nam przez „społeczeństwo” (zwane dalej osobistym systemem wartości wyniesionym najczęściej, w znacznej mierze z domu. Czyli mówiąc kolokwialnie-rodzice. Norma może brzmieć: „słuchaj poleceń szefa” w domyśle: „bo wylecisz”, dalej nie trzeba tłumaczyć). O ile w ogóle można to nazwać rolą w tradycyjnym znaczeniu (zbiorem oczekiwań społecznych). Bo co się stanie jeżeli nauczyciel jest krytykowany przez resztę nauczycieli (za ekstrawaganckie poglądy), z tego samego powodu nielubiany przez rodziców, a dyrektora powiedzmy to nie obchodzi? Uczniowie natomiast go uwielbiają głównie za „nieprawomyślność” i przez tą sympatię lepiej się uczą i bardziej przykładają do danego przedmiotu. To już wiemy czemu dyrektora nie interesują poglądy, nieraz niekonwencjonalne zachowanie, czy ubiór takiego nauczyciela. Otóż jego szkoła zajmuje dzięki wysokim wynikom na maturze z tego przedmiotu lepszą pozycję w rankingach, a co innego bardziej tego dyrektora interesuje? Tym bardziej gdy sam tego nauczyciela lubi, wie, że inni nauczyciele krytykują go z zazdrości o wyniki i sympatię uczniów a większość rodziców to „wyjątkowe konserwy”, natomiast regionalny kurator oświaty ma to całkowicie „gdzieś” dopóki szkoły nie ma w programie „Interwencja”. Oczywiście nawet nie musi tak być, często nauczyciel taki jest bardzo akceptowany przez otoczenie społeczne (rodziców, nauczycieli, dyrektora, uczniów, nawet kuratora), dla tych drugich jest nawet wzorem do naśladowania, pomimo tego, że zdecydowanie odbiega od typowego schematu nauczyciela. Z pewnością zdarza się, że nikogo nie interesuje nawet, fakt że nauczyciel po lekcjach „pali trawkę” czy jest gejem (co dla niektórych wydaje się oczywiste, jednak jest to bardzo duże przekroczenie normy wyznaczonej pedagogowi, przynajmniej tak jak się to tradycyjnie zwykło myśleć o tym zawodzie). Podałem przykład szkoły ponieważ jest to główna instytucja socjalizacyjna (powszechnego poboru do wojska już nie ma).

Ale wracając do sedna. O ile dosyć łatwo jest obiektywnie porównać dwóch biegaczy, to już o wiele ciężej biegacza ze skoczkiem (niektórzy socjologowie opisują strukturę społeczną mierząc czas skoczkowi gdy dobiega do poprzeczki), natomiast chyba niemożliwe skoczka z literatem lub literata z raperem. Pomimo względnie podobnej pracy, oceny takiego „pojedynku” były by skrajnie różne w zależności od na przykład wieku, ale chyba głównie indywidualnych gustów (które według wielu nie istnieją). Przy czym występuje tu niezgoda nie tylko co do poziomu artystycznego ale głównie co do kryteriów (też nieświadomych) jakimi ten poziom mierzymy. Może być też tak, że na przykład młodzież może nie rozumieć muzyki klasycznej a ludzie starsi rapu (oczywiście generalizując). Także oceny te mogą być spolaryzowane i to bardzo mocno.

Tak jest już w przypadku zawodów. Natomiast gdyby spróbować porównywać ludzi ogólnie, to patrząc na problem matematycznie, przy tylu różnych systemach i hierarchiach wartości istnieje praktycznie nieskończona liczba rozstrzygnięć takich pojedynków. Bo klasyczne sposoby określania statusu społecznego jednostki w dzisiejszym świecie „lecą na łeb na szyję”, chyba głównie dlatego, że dziwnym trafem ci co te sposoby tworzą sami stawiają się najwyżej lub prawie najwyżej w tej piramidzie społecznej ale oczywiście to nie ich „wina”, oni tylko stosują obiektywne kryteria, tylko, że wymyślone przez siebie (gdy tzw. „żul” robi to samo to to jest to  nazywane fałszywą samoświadomością, przy czym część biznesmenów ma podobne zdanie o socjologach). Otóż nie ma jednego sposobu różnicowania ludzi. No bo jak drobnego dilera określić jako podklasę, natomiast uzależnionego od kokainy i seksu copywritera jako klasę dominującą? (gdy na głodzie prosi owego dilera o „kreskę” jego „pozycja społeczna” traci tu na znaczeniu o ile kiedykolwiek je miała czy w ogóle istniała. Jak wiadomo jest to czysto ludzki wymysł legitymizowany przez klasyczną socjologię, a „przemoc symboliczna” nie zawsze działa, często  odwrotnie niż by osoba ją stosująca chciała). Tym bardziej jeżeli u tego pierwszego jest to stan przejściowy. Skończyły się czasy gdy określoną pozycję społeczną miało się całe życie. Sam przeżyłem to na własnej skórze (z tym, że w ciągu czterech dni), gdy będąc w Norwegii jedną noc całkowicie bez pieniędzy musiałem spędzić w (nawet nie) rozbitym „na dziko” namiocie, natomiast na drugi dzień po kilku godzinach pracy stać mnie było na kilka nocy w hostelu (z czego z wielką chęcią skorzystałem) o wysokim standardzie (gdzie częściowo też mieszkali „imigranci”, którzy właśnie przybyli tu „do pracy” lub w delegację jak i bogaci turyści z Polski lub średnio zamożni ze starej UE lub Japonii). Po  następnych kilku godzinach pracy miałem już pieniądze na wyżywienie w McDonaldzie (ewentualnie taniej restauracji) jak i na papierosy (40zł paczka). Dokładnie nie pamiętam ale za godzinę koszenia trawnika wychodziło jakieś 130 koron (a da się zarobić nawet trzy razy tyle przy większej „robocie” pracując „na akord”), natomiast noc w hostelu ze śniadaniem kosztowała 240 koron (a zestaw w McDonaldzie ok. 90). Nawet przykładając podział  Baumana (postmodernisty), jednego dnia byłem „włóczęgą”, mającym mniej pieniędzy niż większość nie tylko norweskich żebraków (piszę o tym bo tamtejszemu wynędzniałemu alkoholikowi potrafi zadzwonić w kieszeni najnowsza Nokia z ekranem dotykowym, dla której niejeden krajan poświęcił by wiele). Drugiego dnia natomiast stałem się pełnoprawnym „turystą” (dodając prawo zasiedzenia w hostelu po kolejnych kilku dniach i zapoznaniu z towarzyszami doli/niedoli, którzy również mogliby teoretycznie zostać  zakwalifikowani do szwedzkiego marginesu społecznego o ile tam takie coś istnieje (w sensie intersubiektywnym), bo chcieli się zapoznać za pomocą jointa. Chociaż jeden z tej trójki, rodowity Szwed nie palił, za to studiował na akademii muzycznej. Drugi z nich z resztą miał polskie korzenie (podobnie jak ulicznym dilerom, ciężko było mu uwierzyć, że nie palę) ale wyjechał do Szwecji mając 6 lat, trzeci natomiast pochodził z rodziny tajskich imigrantów. Więc tutaj pojawia się kolejny ciężki orzech do zgryzienia dla zwolenników niektórych teorii, (szczególnie, w świetle mojego błyskawicznego awansu społecznego czy wcześniejszej, rzekomej deklasacji nie wspominając o zaskakujących podobieństwach jakie nas łączyły. Dla utrudnienia napiszę, że był tam też szukający pracy Chilijski architekt, dzięki któremu trafiłem na norweską imprezę, na którą zaprosiła go norweska studentka, którą poznał w Santiago). Co do różnic i podobieństw, na przykład w Szwecji nie mówi się, że ktoś ma w pokoju „artystyczny nieład” czy „bałagan”, ale w myśl poprawności politycznej nazywa się to „garderobą”. Czy przez ten czas kilkukrotnie zmienił się mój światopogląd? Wątpię, ewentualnie poszerzył.

Moim zdaniem egalitaryzm istnieje dopóki dopóty z „lepszości” w jakiejś dziedzinie nie wynikają większe prawa ogólne (nie licząc prawa do nagród, które jak wiadomo według wielu filozofii życiowych nie mają wartości), czy bezpośrednia władza jednych nad drugimi (poza instytucją czy miejscem pracy, ale i tam może dotyczyć jedynie zakresu związanego z wykonywaniem tego zawodu, o czym niektórzy zapominają, stosując molestowanie seksualne czy mobbing). Bo postulując równość wszystkich pod każdym względem możemy łatwo dojść do absurdu, gdzie na przykład jedna grupa społeczna zacznie protestować bo ma o złotówkę mniejsze wynagrodzenie. Gdyby kierowała się filozofią Hemingwaya, („bogaci od biednych różnią się tylko tym, że mają pieniądze”), nie protestowaliby w takiej sytuacji. Tak samo gdyby, pensje wystarczały im na standardowe (w ich odczuciu) potrzeby, nie patrzyliby ilu ma więcej. Problemem jest tu zbyt częste określanie wartości człowieka na podstawie zarobków i brak szacunku do tych zarabiających mniej. Moim zdaniem to z tego wynika absurdalna filozofia patrzenia ilu jest za nami w kolejce a nie przed nami, oczywiście nie każdy się nią kieruje, bo w rzeczywistości na takim myśleniu z wiadomych względów się traci

No i na koniec należy dodać fakt, że dla wielu wolność jest wyższą wartością niż „status społeczny” (dla niektórych to drugie czy inaczej władza ma być środkiem do pierwszego), także chyba zupełnie bezsensowne jest określanie czy obiektywne nazywanie każdego w odniesieniu do wyścigu, w którym nie wszyscy przecież startują. Przy czym nie przekonuje mnie argument, że są to kategorie naszej kultury a nie socjologii bo jak widać kultur jest wiele a mają niespodziewanie wiele punktów wspólnych (ich hierarchizowanie bardzo nie podoba się tym co zostali „obiektywnie i naukowo” uznani za tych „pod”, szczególnie gdy stanowią bardzo znaczącą większość a tyle się teraz mówi o rasizmie kulturowym. Na przykład gdy członek norweskiej ultra prawicowej partii nazwał Polaków mieszkających w kontenerach „podklasą” wybuchła dosyć duża afera, to mi przypomniało o emigrantach, którzy są przeciw poprawności politycznej, ale o tym potem).

Czytaj również